Varia

Zdławione słowa

Fot. Bartek WarzechaFot. Bartek Warzecha
66 Kaliskie Spotkania Teatralne – dzień szósty

Środa na kaliskim festiwalu upłynęła pod znakiem Aktorek. Najpierw Dorota Landowska i Joanna Szczepkowska w maleńkiej, aczkolwiek przenikliwej aż do bólu sztuce Joanny Szczepkowskiej „Separatka”. Potem „Kofman. Podwójne wiązanie” z Nowego Teatru w Warszawie – wspaniałe przedstawienie Katarzyny Kalwat. W nim zaś lekcja partnerowania idealnego – wybitne role Marii Maj, Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, Jacka Poniedziałka, a ponad wszystkim niecodzienna w swym rozmiarze i głębi, zagarniająca teatr potężna kreacja Mai Ostaszewskiej. Niezwykła to aktorka, ciągle narzucająca sobie samej wyzwania, zatem nie potrzebuje na swej drodze nowych otwarć. Jednak oglądam „Kofman” po raz kolejny i łapię się na tym, że Ostaszewska stapia się ze swoją postacią, a jednocześnie daje własny, chociaż służebny wobec spektaklu tour de force. To wyjątkowe czysto ludzkie doświadczenie.

Przypomina Joanna Szczepkowska, że jakiś czas temu postanowiła iść całkiem osobną drogą, zrezygnowała z uczestnictwa w teatrze instytucjonalnym, założyła fundację i własną miniaturową scenę. Mam pewność, iż każdego dnia płaci za ten wybór wysoką cenę życia w ciągłej podróży, niepewności zawodowego losu, bo nikt nie daje jej gotowych rozwiązań, sama jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Artystka jednak nie skarży się na swoją sytuację, bierze bowiem udział wyłącznie w rzeczach, z którymi może się utożsamić. Wiadomo, Szczepkowska to nie jest tylko aktorka. Ona maluje, tworzy prozę i dramaty i oczywiście własne teksty reżyseruje. Śmiała się wczoraj na spotkaniu z publicznością, że jako aktorka nie ma kłopotu ze sobą jako autorką sztuk. Jej nie wypada tego powiedzieć, ale ja mogę – pisze znakomicie.

Weźmy na przykład „Separatkę”. W tytułowej szpitalnej sali, przeznaczonej dla jednej osoby, przez pomyłkę personelu i panujące w służbie zdrowia przepełnienie spotykają się pacjentki dwie. Mają do dyspozycji tylko jedno łóżko, więc dzielą się nim po połowie. I tak dochodzi do spotkania dwóch skrajnie odmiennych kobiet, ale i dwóch Polsk, zwykle stojących po przeciwnych stronach frontu w plemiennej wojnie, jaką od lat ze sobą toczymy. Joanna Szczepkowską gra Polskę liberalną, otwartą, choć mocno zachwyconą sobą i w swych przekonaniach hermetycznie zamkniętą. Dorota Landowska wciela się w Polskę narodową, tradycyjną, co to różaniec powtarza i słucha księdza Józefa. Są jak ogień i woda, ale na koniec spotkają się we wspólnej bezradności.

Zachowując wszystkie proporcje, bo porównuję do arcydzieła, ale „Separatka” przywodzi na myśl „Emigrantów”, tyle że naszej epoki. Sztuka jest przenikliwa, gorzka i zabawna, ale nie ma w niej poczucia wyższości ani tym bardziej szyderstwa wobec bohaterek i ich postaw. Poza tym, czy widzieliście kiedykolwiek spektakl, gdzie sceną jest łóżko, a na niej wybitne aktorki? Trudno byłoby o bardziej kameralną przestrzeń.

Przedstawieniu „Kofman. Podwójne wiązanie” należałoby natomiast poświęcić poważny esej. Poważny, bo spektakl Katarzyny Kalwat nie ułatwia zadania, dobrze byłoby, oglądając go, znać choć trochę realia, o jakich opowiada. Jednak i bez tego opowieść o polsko-żydowsko-francuskiej filozofce chłonie się w hipnotycznym skupieniu. Tak się złożyło, że w Kaliszu widziałem „Kofman” po raz czwarty, a mimo to dostrzegałem przeoczone wcześniej szczegóły, słyszałem ważne słowa, którym wcześniej nie poświęciłem wystarczającej uwagi. Tak, to jest zdecydowanie teatr do wielokrotnego doświadczania, wcale się nie zarzekam, że już nigdy do „Kofman” nie powrócę.

Tryb codziennych festiwalowych zapisków stworzenie adekwatnej analizy uniemożliwia, na szybko powiem więc jakby w punktach. Fascynujące jest zwielokrotnienie perspektywy zaproponowane przez inscenizatorkę. Maja Ostaszewską gra Sarah Kofman, a jednocześnie jest aktorką Mają Ostaszewską, która przygląda się bohaterce dorosłej i przywołuje sekwencje z jej dzieciństwa. Cały czas również pełni rolę przewodniczki po jej życiu, akcentując temat poszukiwania tożsamości myślicielki oraz dylemat kobiety, walczącej o to, by w męskim świecie zostać dostrzeżoną. Jacek Poniedziałek gra Derridę, ojca Sarah, w ogóle wszystkich mężczyzn w świecie przedstawienia. Maria Maj i Małgorzata Hajewska-Krzysztofik w fenomenalnych kreacjach ukazują obie – żydowską i francuską – matki Kofman i ich walkę o jej duszę. Są przy tym jak najdalej od jednoznacznych ocen, zaledwie w kilku scenach tworzą prawdziwy kosmos skrajnie różnych od siebie kobiet.

Widowisko Nowego Teatru robi ogromne wrażenie dzięki reżyserskiemu konceptowi Kalwat, aktorski kwartet jest jak muzyczny zespół, podający sobie nawzajem tonacje i tematy. „Kofman. Podwójne wiązanie” najwięcej jednak zawdzięcza Mai Ostaszewskiej. Przyzwyczaiła siebie i nas trochę też do zadań, jakie otrzymuje i wspaniale wypełnia u Krzysztofa Warlikowskiego. Tym razem jednak dostała rolę, która niesie cały spektakl. Pozwala gra emocjami, otwierać rany, walczyć o swoje dla bohaterki, bawić się słowami i sprawdzać, co kryje się pod ich powierzchnią. Wyrzuca z siebie zdławione słowa, by stać się medium przekazującym biografię i myśl Sarah Kofman. Na koniec zaś zostajemy z filmowym zbliżeniem jej twarzy, z oczami, ukrywającym ból, ale też pasję i samowiedzę. Wciąż jakbym widział te oczy, niezwykły to teatralny moment.

Nie wiem, czy to, co teraz napiszę, spodoba się Mai Ostaszewskiej, ale czuję, że muszę. To nie jest aktorka jedna z wielu wybitnych, to jest wielka aktorka. A przy tym tak wybiera role, że kryjąc się za postaciami, mówi często we własnym, w moim i w twoim imieniu.

Jacek Wakar

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image