Varia

Historia pewnej znajomości

Fot. Przemysław JendroskaFot. Przemysław Jendroska
66 Kaliskie Spotkania Teatralne – dzień siódmy

Ani się obejrzeliśmy, a minął już prawie tydzień i Festiwal Sztuki Aktorskiej wszedł w ostatnią prostą. Wczoraj kaliskie sceny należały do niewielkich czułych opowieści o teatrze, jego iluzji, ale też wpisanej weń gotowości na rozczarowanie („Zaćmienie w dwóch aktach” z Teatru Narodowego w Warszawie), a także do historii o miłości niespełnionej, życiowym rozczarowaniu i ucieczce w nostalgię. To dał widowni KST drobiazg z katowickiego Teatru Śląskiego „Miło cię było żobaczyć”. Pięknie i szczerze partnerują w nim sobie Michał Żurawski i Agnieszka Radzikowska. Oboje są świetni, ale znów łapię się na tym, że Radzikowska to osobowość niezwykła. Krucha i silna jednocześnie, wyjątkowa w teatrze żywych i wygasających uczuć. Nie do pomylenia z kimkolwiek innym.

O „Zaćmieniu w dwóch aktach” kiedyś pisałem szeroko, tym razem powiem tylko, że po roku od premiery niewielkie przedstawienie Grzegorza Małeckiego jakby jeszcze się dotarło, w kilku fragmentach zyskało nową siłę, a Oskarowi Hamerskiemu na przykład pozwoliło wyśrubować efekt komiczny roli producenta przerażonego wysoce artystycznym projektem swego przyjaciela reżysera filmowego. Bez szkody dla całego aktorskiego kwartetu zaznaczmy, bo spektakl z Teatru Narodowego to robota definicyjnie zespołowa. Justyna Kowalska, Anna Lobedan, Mateusz Rusin i wspomniany Hamerski mają w sobie uważność na partnerów, postaciom ze sztuki hiszpańskiego autora Pablo Rémona dają prywatny luz i ożywczo bezpretensjonalną sympatyczność. Materiał dramatyczny daje im szansę na żonglowanie scenicznymi wcieleniami, błyskawiczne zmiany konwencji i emocjonalnych tonów. Konstrukcja teatru w teatrze nie narzuca niepotrzebnych nawiasów, choć oczywiście nad skromną, aczkolwiek sugestywną pracą Grzegorza Małeckiego unosi się przeświadczenie, że to tylko teatr i warto, a wręcz trzeba zachować wobec niego dystans. Choć bywa oczywiście sprawą bardzo poważną i nie należy sobie z niego kpić. W końcu Małeckiemu, jego aktorkom i aktorom nie jeden raz przynosił i przynosi spełnienie.

Reżyser „Zaćmienia w dwóch aktach” przyznał wczoraj, że w Narodowym pracuje od dwudziestu sześciu lat. Wie zatem – to już moje zdanie – o zawodzie prawie wszystko, nie ukrywając, iż coraz częściej ma ochotę szukać w tym specyficznym świecie osobnego miejsca. Dlatego myślę, że właśnie to przedstawienie ma dla Małeckiego szczególne znaczenie. Bo to jest jego teatr - bardzo, bardzo, bardzo. Bez zadęcia, niewielki, pełen dystansu, czasem zabawny, innym razem gorzki. Z pozoru prosty, ale wcale niełatwy w robocie. I nie wygłaszający prawd objawionych. By je usłyszeć, można pójść w inne miejsca.

Recept na życiową aspirynę nie daje również maleńki spektakl Teatru Śląskiego w Katowicach. „Miło cię było zobaczyć” zrealizował młody, piekielnie zdolny i nadzwyczajnie wrażliwy reżyser Stanisław Chludziński, ale to wspólna praca jego, dramaturga Bartosza Cwalińskiego oraz Agnieszki Radzikowskiej i Michała Żurawskiego, którzy Hani i Wojtkowi na naszych oczach dali życie. Przyznali wczoraj podczas spotkania z publicznością, że takich braw, jak w Kaliszu, jeszcze nie dostali, a tytuł jest dobre półtora roku po premierze. Aplauz kaliskiej widowni kompletnie mnie nie zaskoczył. „Miło cię było zobaczyć” żywi się fikcyjnymi biografiami bohaterów i prawdziwymi emocjami Radzikowskiej i Żurawskiego, ale wszyscy możemy się w nich przejrzeć.

Ona i on spotykają się przypadkiem na autobusowym przystanku. Z początku nie poznają się nawzajem, choć może tylko udają, że tak jest. Kiedyś, lata temu, znali się bardzo dobrze, pili haustami młodość i niezbyt wyszukane wina, szukali miłości i chyba ją w sobie znaleźli. Potem coś się stało, ona ruszyła do Stanów, zdobyła pracę, on został na Śląsku, został reporterem. Teraz mają to, co mają, na co dzień udają, że to jest właśnie w porządku, może nawet należy nazwać to szczęściem. Przypadek sprawia, że on ląduje u niej, wjeżdża wino, cięższy napitek po ojcu. Na ekranie Gumisie, z głośnika Phil Collins. Śmiesznie, trochę żałośnie, bo przecież życie bywa obciachem. Uśmiechamy się, chociaż ukradkiem ocieramy łzę.

Nie ma w „Miło cię było zobaczyć” emocjonalnego szantażu, jest odrobina sentymentalizmu, ale w dawce przyswajalnej bez bólu, więcej nostalgii, bardzo dużo dziwnie kanciastej czułości. Między Michałem Żurawskim, który gra tu niewiele, bardziej po prostu jest, a Agnieszką Radzikowską rodzi się aktorska i prawdziwie ludzka relacja. Na nią spojrzałem po raz pierwszy dłużej, gdy przechodziła przez tłum w plenerowym, przystankowym prologu. Zajrzałem w jej mokre oczy, jakby zawarła w nich całe rozczarowanie bohaterki i cień nadziei na najbliższe minuty. Potem patrzyłem, jak gra Radzikowska kobietę silną na pierwszy rzut oka, a w istocie kruchą, bo z sercem na dłoni. Potem zerkałem na jej twarz, wyrażającą więcej niż słowa. Dostała w „Miło cię było zobaczyć” ledwie półtorej godziny, a zmieściła w nich życie.

Ile razy widziałem Radzikowską na scenie? Niewiele, ledwie kilka. Wystarczy, by powiedzieć, że to aktorka zupełnie wyjątkowa. W spektaklach wieloobsadowych, chyba niezależnie od materiału, wnosi własną barwę. W rzeczach małych, jak „Godej do mie”, a teraz „Miło cię było zobaczyć” uderza intensywnością, by za chwilę zapaść się w delikatności własnej i kobiet, jakie gra. Ma rzadką siłę w teatrze żywych i wygasających uczuć. To jest aktorstwo, co nie kończy się na zawodowej biegłości. Nas dotyka, ją kosztuje. Ale w podobnych przypadkach nie może być inaczej.

Jacek Wakar

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image