Fot. Bartek Warzecha Bywają takie przedstawienia, gdzie wysublimowane metafory zdają się być nie na miejscu, bo bardziej skuteczne jest uderzenie sierpem między oczy. Spektakle, które mówią wprost, nie szukając żadnego decorum, wbrew przeświadczeniu, że są rzeczy nie do powiedzenia w twarz, bo to i owo nie wypada, przecież jesteśmy w sferze sztuki. „Mireczek” z olsztyńskiego Teatru Jaracza wyrzeka się pełnej hipokryzji poprawności, by o chorobie alkoholowej opowiedzieć na wskroś uczciwie. Skromna inscenizacja Krzysztofa Popiołka to seans wyczerpujący dla aktorów i publiczności i może dzięki temu oczyszczający, dający szansę, by na dnie dostrzec resztkę dobra.
Przepraszam, ale w tym roku w kaliskich zapiskach powtarzam się jak zdarta płyta. Co chwilę zwierzam się, że czegoś wcześniej nie widziałem, coś pominąłem, bo nie da się zobaczyć wszystkiego i w Kaliszu dostałem możliwość, by nadrobić zaległości. Tak będzie i tym razem, bo na „Mireczka” do Olsztyna nie pojechałem, choć przecież książkę Aleksandry Zbroi znam, aktorską skalę Grzegorza Gromka również, wiem, że to jest artysta, co nie idzie na skróty, stawia na szali wszystko, w jego pracę wpisana jest absolutna intensywność. Nie pomyślałem jednak o olsztyńskim „Mireczku”, bo niejako z góry zaszufladkowałem go jako sceniczny drobiazg o szlachetnym i zapewne terapeutycznym działaniu. Wczorajszy seans podczas Kaliskich Spotkań Teatralnych pokazał, jak bardzo się myliłem.
Chociaż z pozoru wszystko się zgadza. Kameralna przestrzeń, choć scenografia Anny Wołoszczuk imponująca – przewrócony kubik, a w nim materac, realistyczny kibel, a w centralnym punkcie trumna, w której zaczyna i kończy wieczór tytułowy bohater. Obok Grzegorza Gromka młoda Agata Zielińska i nie ma mowy o partii solowej, w której dziewczyna niedługo po debiucie podaje piłki rozpychającemu się na scenie partnerowi. Spektakl Krzysztofa Popiołka to rzecz na dwoje wykonawców, rzecz jasna partytura skonstruowana jest tak, że większy rozmach zawarty jest w roli Gromka, ale Zielińska nie ogranicza się jedynie do słuchania starszego kolegi. Tworzą pełnoprawny duet, czasem oprawcy i ofiary, innym razem osądzanego i oskarżycielki. W spektaklu tak mocnym, tak cielesnym, wreszcie tak dynamicznym i emocjonalnie wydrążającym są jak dwa bezbłędnie reagujące na siebie czułe instrumenty. Przy tym – mam w tym względzie absolutną pewność – budują dla siebie przestrzeń bezpieczną, opartą na zaufaniu. Bez wypełnienia tego warunku takie aktorskie i czysto ludzkie odsłonięcie byłoby najzwyczajniej w świecie niemożliwe.
Aleksandra Zbroja opowiedziała w książce o życiu z ojcem alkoholikiem, o tym, jak mieszały się w nim miłość z nienawiścią, strach z obrzydzeniem, nad wszystkim zaś dominował wstyd. Nie pozwalała nam zasłaniać oczu, kiedy opisywała staczanie się Mireczka do poziomu zarzyganego menela i chwile, gdy znajdowała tatę leżącego na klatce schodowej. Olsztyńskie przedstawienie nie cenzuruje autobiograficznej opowieści Zbroi, nie zatrzymuje się na pytaniu, ile będziemy w stanie znieść. Przeciwnie, w kraju, gdzie wódka lała się i wciąż się leje strumieniami, a pijaństwu dobudowuje się chętnie straceńczy romantyczny nimb, odziera bezlitosną chorobę z resztek pozornego powabu. Wstrząsająca jest scena, gdy córka polewa ojca strumieniami wody, co przypomina rutynową praktykę w izbach wytrzeźwień. Ciarki przechodzą po plecach, gdy Grzegorz Gromek w mgnieniu oka przechodzi z roli terapeuty w skórę zdegenerowanego pijaka i w każdym jego ruchu czai się nieodwoływalnie skrajna, choć nieuświadomiona agresja. Przejmująca jest Agata Zielińska, gdy kuli się pod ciosami wymierzonymi w siebie i nieobecną na scenie matkę, a po jakimś czasie dojrzewa do tego, by rozliczyć się z rodzicem oprawcą.
Mówi się w którymś momencie, że Mireczek zabił człowieka. Czytam na wskroś uczciwe przedstawienie Krzysztofa Popiołka i niezwykłą w emocjonalnym obnażeniu rolę Grzegorza Gromka jako historię o tym, jak choroba alkoholowa zabija człowieka w kimś, kogo dotyka. Znaczyłoby to, że Mireczek zabił człowieka w sobie samym – to najbardziej okrutna ze wszystkich możliwych diagnoz.
Mimo że twórcy nie cofają się przed drastycznymi sekwencjami i obrazami, chcą, by dzięki nim przedstawienie bolało jeszcze bardziej, nie wychodzimy z teatru tylko z poczuciem rozpaczy. Przeciwnie, Zielińska i Gromek w kilku kwestiach, paru gestach, z wpisanym w ten świat pragnieniem bliskości, akcentują, że jest w Mireczku i jego córce potrzeba miłości. A że niezaspokojona? Alkohol zabił wszystko, nie dał szans na szczęśliwe zakończenie.
Siła niewielkiego „Mireczka” przyćmiła nieco drugi wczorajszy seans – „Pigmaliona” z poznańskiego Teatru Polskiego. Reżyser Mikita Iłynczyk wraz z dramaturgiem Andrzejem Błażewiczem przepisali klasyczną komedię George’a Bernarda Shawa, zamieniając ją w rozprawę o tym, że za chwilę będziemy żyć, a może już żyjemy w kraju, gdzie będzie miejsce tylko dla swoich, dla obcych zaś masowe deportacje. Pomysł na przedstawienie nie opiera się jedynie na tej konstatacji, ale na ryzykownym zestawieniu niby to błahej salonowej rozgrywki z bezprzykładnym, ukrytym pod gładkimi słowami i wystudiowanymi uśmiechami okrucieństwem bohaterek i bohaterów. Nie bronią ich na szczęście aktorki i aktorzy z Polskiego, odsłaniając ostrze współczesnej satyry Iłynczyka.
Jacek Wakar

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.
Email:
kontakt@jacekwakar.pl