Fot. Przemysław Jendroska. Ledwie się obejrzeliśmy, minął rok i znowu Katowice, znowu otwieramy drzwi. Festiwal Open The Door krzepnie, choć musi stawiać opór różnorakim trudnościom. I daje radę, bo spotykamy się z teatrem niezwykłym. Dowodem tego przedstawienie skromne, a jednak spektakularne, niewielkie, a mimo to czasem przywodzące na myśl najlepsze sceny z kina katastroficznego. A chwilami ze slapstickowej komedii. Taka jest właśnie owa „Niedziela”, czyli „Dimanche” połączonych kolektywów Company Chaliwaté i Focus z Belgii – przewrotnie śmieszna i jednocześnie przerażająca historia o końcu świata, który dzieje się tu i teraz.
Open The Door kojarzy mi się właśnie z takimi spektaklami. Idę do Teatru Śląskiego, czytam tytuł „Dimanche”, zerkam wcześniej na kilka zdjęć i… kompletnie nie wiem, czego się spodziewać. Od kuratorki festiwalu, niestrudzonej Dagmary Gumkowskiej, słyszę co prawda, że o sprowadzenie belgijskich twórców zabiegała od lat, że dzisiejsza prezentacja będzie pięćset czterdziesta od chwili premiery widowiska, a tak w ogóle grano je już na wszystkich kontynentach świata. I to jest wszystko prawda, zachodzę w głowę, skąd Gumkowska bierze siłę, by walczyć o sprowadzenie do Katowic wypatrzonych przez siebie to tu, to tam tytułów. Wiem natomiast, że potem przeżywamy olśnienia, jakich nie doznalibyśmy gdzie indziej. Tak było niegdyś z „Hamletem” z Peru, gdzie artyści z zespołem Downa ustawiali nas pod ścianą, aby narzucić bez przemocy własne reguły gry. Tak było z zabawną i wzruszającą „Republiką Baklawy”, by poprzez małą opowieść o tym specjale dać obraz przecięcia języków i kultur. I jeszcze wiele razy. Tak też jest z „Dimanche”, co jednocześnie śmieszy i przestrasza, proponuje pokaz najprawdziwszej teatralnej magii, która do końca pozostanie dla nas tajemnicą, do ostatniego momentu nie zostanie zdemaskowana.
Podczas premiery i w pierwszym etapie eksploatacji widowiska na scenie występowali sami jego autorzy – Julie Tenret, Sicaire Durieux, Sandrine Heyraud. Dziś, jak się dowiedziałem podczas wieczornej dyskusji z zespołem, wciąż go doglądają, ale od dawna już nie grają, teraz na przykład szykują coś nowego. Dzisiaj na scenie widzimy troje wykonawców – Christine Heyraud, Julie Dacquin i Thomasa Dechaufoura – ale często wydaje się, że jest ich zdecydowanie więcej. Nie bez przyczyny twórcy podkreślali, że osobny spektakl, być może niewiele mniej fascynujący, dzieje się za kulisami właściwego. Tam dokonują się przecież wszystkie błyskawiczne aktorskie przeistoczenia.
Trzeba pamiętać przy tym, że „Dimanche”, pozostając seansem scenicznej iluzji w stanie czystym, w każdej sekundzie pozostaje wierna teatralnej tradycji. To przedstawienie o niewielkim budżecie, nie ma do dyspozycji zaawansowanych technologii. Mimo to daje w prezencie mały cud. Mały, choć przecież całkiem duży. Scena z wiatrem, kiedy mieszkanie bohaterów trafia w oko cyklonu, a oni sami najdosłowniej fruwają w powietrzu dzieje się w planie rzeczywistym, a ja nie domyślam się nawet, jak została zrobiona. Wolę pozostać z wrażeniem, jakie wywołała.
„Dimanche” dlatego rozgrywa się w niedzielę, bo to najlepszy (przynajmniej tak utarło się myśleć) dzień, by spędzić go z rodziną. Taki jest też plan trojga bohaterów, jednak co chwila coś krzyżuje zamierzenia. Małe i większe kataklizmy prowadzą do ostatecznej katastrofy, tyle że od początku nie daje spokoju natarczywy drobiazg. Może te wszystkie wstrząsy zostały podświadomie zaprojektowane przez sceniczne postaci, bo w istocie wcale nie marzą o tym, by być ze sobą blisko. Może lepiej jest walczyć o życie niż żyć naprawdę razem.
Belgijski spektakl jest także o tym, ale nie tylko. W podstawowym wymiarze jest to opowieść o katastrofie klimatycznej jako zjawisku jak najbardziej konkretnym i dotykalnym, nie żadnej abstrakcji, ale czystej realności, dotykającej nas każdego dnia. Artyści z Company Chaliwaté i Focus mówią to z bezpretensjonalną lekkością, jak ognia wystrzegając się moralizatorskich tonów. Żonglują konwencjami (powtarzająca się, absolutnie olśniewająca sekwencja jazdy samochodem to czysty slapstick), we fragmentach z trojgiem reporterów na krańcu świata nakłuwają nawet formułę dokumentu przyrodniczego. Najważniejsze, że każą nam otworzyć oczy. Pod powierzchnią wesołego spektaklu kryje się diagnoza nieubłagana. Globalne ocieplenie niesie zagładę, ona dzieje się dzisiaj, wspierają ją populistyczni politycy. Nigdy dość przypominania o tym, szczególnie w tak niepowtarzalnej formie.
„Dimanche” to było danie główne pierwszego dnia festiwalu, pokazywane chwilę wcześniej „Matki śnieżne” z Teatru Śląskiego to rzecz innego kalibru, zatem nawet do tego miana nie pretendowała. Przedstawienie maleńkie, celowo utrzymane w naiwnie dziecięcej estetyce, mieści się poza głównym nurtem repertuaru katowickiej sceny. Narodziło się z potrzeby serca i właśnie to jest w nim najbardziej istotne. Cztery aktorki Śląskiego – Violetta Smolińska, Anna Lemieszek, Karina Grabowska, Agnieszka Radzikowska – postanowiły opowiedzieć bez czułostkowości o barwach macierzyństwa. Karina Grabowska całość wyreżyserowała, koleżanka z teatru Katarzyna Błaszczyńska zapewne z opowieści zasłyszanych w wielu momentach życia, także od przyjaciółek ze Śląskiego, napisała tekst, próby odbywały się po godzinach, na uboczu przygotowań do większych produkcji szykowanych tu niemal bez przerwy. Z offu – tak dedukuję - słychać głosy dzieci z rodziny katowickiego teatru.
Właśnie szczerość owego niedługiego seansu, jego chropawa niedoskonałość, ale i siła uczuć zdają mi się największą wartością „Matek śnieżnych”. Nie udawajmy, to nie jest przedstawienie bez wad, do tego i owego wszedłszy w rolę bezdusznego krytyka zapewne bym się przyczepił. Ale nie zrobię tego, bo kolektywny spektakl dziewczyn ze Śląskiego jest zaproszeniem do rozmowy bardziej niż mierzącym artystyczne Himalaje wydarzeniem. Może ktoś po nim zadzwoni do dawno nie słyszanej Mamy, uśmiechnie się, pomyśli. No i przestanie ścigać się z samym sobą, Aż tyle.

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.
Email:
kontakt@jacekwakar.pl