Varia

Prawda nas wyzwoli?

Fot. Jeremi Astaszow.Fot. Jeremi Astaszow.
66 Kaliskie Spotkania Teatralne – dzień ósmy

Tydzień minął błyskawicznie, dziś na Festiwalu Sztuki Aktorskiej wielki finał, werdykt i zakończenie. Mieliśmy w Kaliszu spektakle kameralne, były tytuły ze scen narodowych, jak zwykle na Spotkaniach propozycje różnorodne, trudne, być może nawet niemożliwe do sprowadzenia do jego mianownika.  „Uroczystość” wyreżyserowaną przez Małgorzatę Bogajewską w krakowskim Teatrze Ludowym oglądałem na KST po raz trzeci, zrobiła na mnie jeszcze bardziej piorunujące wrażenie. I pomyślałem sobie, że to przedstawienie dla przeglądu kluczowe. Dobitnie przypomina bowiem, czym może być i bywa starannie budowany wielopokoleniowy zespół aktorski, czym jest aktorski jazz, gdy wszyscy podają sobie tematy i na tym gruncie rodzą się wybitne role pierwszego planu, jak ta Piotra Franasowicza, bo od niej w „Uroczystości” zależy najwięcej.

Mocna i bezlitosna inscenizacja Małgorzaty Bogajewskiej swą premierę miała w grudniu ubiegłego roku. Stała się głównym punktem siedemdziesięciolecia Teatru Ludowego, w jakimś też sensie podsumowała obecny etap dyrekcji świetnej reżyserki w Nowej Hucie. Dobrze też – sądzę – oddała jej strategię, bo dramat Thomasa Vinterberga i Mogensa Rukova zdaje się kompletnie nie przystawać do hucznych i wesołych obchodów wyczekiwanego jubileuszu. Nie nadaje się na teatralną akademię, publiczności nie proponuje rozrywki nawet z wysokiej półki. Owszem, to kawał widowiska pełną gębą, rzecz atrakcyjna i elektryzująca, tyle że w żadnym stopniu nie ku pokrzepieniu serc. Opowiadała wczoraj Bogajewska, że z początku myślała, by z tej szczególnej okazji wystawić w Ludowym coś jasnego, optymistycznego, wzmacniającego wiarę w świat i ludzi. Plan się posypał z przyczyn niezależnych od nikogo i pojawiła się „Uroczystość”. Rzeczywiście, jak to się mówi, trudno o spektakl bardziej radosny i śmieszny…

Znamy tę historię z autorskiej wersji filmowej Thomasa Vinterberga. Kręcony w dobie manifestu DOGMA, wedle wpisanej weń zasadzie hołdowania prawdzie opowieści, bez jakichkolwiek rozpraszających uwagę widzów efektów i ozdobników, obraz stał się najwybitniejszym dokonaniem firmowanego m.in. przez Larsa Von Triera nurtu.

Szybko odkryto również, iż „Festen” to gotowy scenariusz teatralny. Kanoniczną polską wersję stworzył przed ćwierćwieczem Grzegorz Jarzyna w warszawskich Rozmaitościach. Zagrali m.in. Jan Peszek, Andrzej Chyra, Magdalena Cielecka, Marek Kalita, Danuta Stenka, a także dziś już nieżyjący Danuta Szaflarska, Ewa Dałkowska, Bronisław Pawlik i Gustaw Lutkiewicz. Wymiar inscenizacji przywodził na myśl antyczną tragedię, obsada grała jak w transie, Jan Peszek jako Helge budził fizyczny wręcz sprzeciw i obrzydzenie. „Uroczystość” wracała potem na polskie sceny wielokrotnie, ale żadne przedstawienie nie zatarło wrażenia, jakie wywarła wtedy interpretacja Jarzyny.

Minęło jako się rzekło lat z górą dwadzieścia pięć, zło, choć tego nie chcemy, mocno nam spowszedniało, powtarzające się doniesienia o odrażających czynach traktujemy jak nieodłączny element naszej codzienności. Trochę o tym, choć nie tylko, jest przedstawienie z Teatru Ludowego. Helge (Piotr Pilitowski), szanowany ojciec rodziny, przypomina wytrawnego polityka, który ma w oczach tylko lepszą wersję siebie. Mami więc otoczenie i samego siebie, wypierając z pamięci mroki przeszłości. Gdy po raz pierwszy słyszy straszne oskarżenie, zachowuje się tak, jakby nie jego dotyczyło. Chce puścić je mimo uszu, otoczony wianuszkiem zależnych od jego wpływów i pieniędzy biesiadników.

Siła kreacji Pilitowskiego, dziś zdecydowanie bardziej wyrazistej niż w premierowym secie, opiera się na tym, że niczego nie możemy być pewni. Znakomity aktor gra dziś Helge mocniej, ale nie znaczy to, że używa szerokich gestów albo rozpycha się na scenie. Zdaje się, jakby kierował swą ambiwalencję w głąb siebie, jeszcze mocniej niż dotychczas podkreślając moralne wypalenie swego bohatera. Jan Peszek opowiadał mi, że gdy grał Helge u Jarzyny,, zdarzało mu się słyszeć z widowni wypowiadane zduszonym głosem wyzwiska pod adresem swej postaci. Uważał to za największe zwycięstwo. Pilitowski też mógłby usłyszeć podobne słowa, nawet przez chwilę nie próbuje uczłowieczać potwora.

Najwięcej jednak w krakowskiej „Uroczystości” zależy od Christiana. Piotr Franasowicz był kiedyś Astrowem w „Wujaszku Wani”, Biffem w „Śmierci komiwojażera”, teraz nadaje Christianowi wymiar bliski Hamletowi. Dążąc do prawdy i sprawiedliwości rozsadza zakłamany świat, samemu płacąc za to cenę wewnętrznego rozpadu. Wstrząsające są fragmenty, gdy Christian Franasowicza słyszy w głowie głos zmarłej siostry, a potem w szalonym, naładowany agresją i rozpaczą pędzie, przemierza scenę. Niezwykła jest wewnętrzna determinacja, jaką wybitny aktor wkłada w swoją rolę. Właśnie ona sprawia, że finałowych sekwencji przedstawienia nie da się już oglądać na chłodno. Na koniec zaś przychodzi oczyszczenie, bo prawda, tylko prawda nas wyzwoli.

Wymieniam dwie kluczowe dla spektaklu partie, ale chcąc być sprawiedliwym powinienem przepisać cały aktorski skład. Wyreżyserowana przez Małgorzatę Bogajewską w każdym detalu, uwodzicielsko atrakcyjna, potem przerażająca jak rasowy horror „Uroczystość” to teatr wielkiej skali, pytań najcięższego kalibru. Dowodzi także siły zespołów aktorskich, kiedy są takie jak w Ludowym. Tyle że one nie rodzą się na kamieniu, to sprawa wieloletniej pracy, a także zaufania i przyjaźni.

Jacek Wakar



Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image