Varia

Kobiety i życie

Fot. Piotr PodlewskiFot. Piotr Podlewski
Notatki przy otwieraniu drzwi – część pierwsza

Inauguracyjny dzień festiwalu OPEN THE DOOR w centrum uwagi umieścił kobiety. Bohaterki historii, ale przede wszystkim niełatwej codzienności, wyrywające się z kokonu powinności, w jakim je zamknięto, na przekór przypisanemu sobie losowi. Takie są Zofia Książek-Bregułowa i grająca ją w monodramie „Nieostrość widzenia” Ewa Ziętek i takie są dziewczyny ze sztuki Maliny Prześlugi „Kobieta i życie”. Dwa spotkania z teatrem malutkim, co niczego nie udaje, zapraszając do bezinteresownego spotkania.

Muszę się przyznać, iż to katowicki festiwal przypomniał mi o Teatrze Kwadrat w Warszawie. To od lat miejsce o jasno określonym profilu, scena stricte komediowa, gdzie liczą się wykupujący bilety, nastawieni przede wszystkim na rozrywkę widzowie, a nie patrzący żabim okiem krytycy. Dlatego Kwadrat od zawsze radził sobie bez recenzji, swojego czasu zdobycie zaproszenia na spektakl graniczyło z cudem, bo odbierało się miejsca ludziom, którzy zapłaciliby za nie w kasie. Mimo to czasem w Kwadracie jeszcze przy ulicy Czackiego bywałem, oglądając prawdziwych mistrzów komedii, z niezwykłym Janem Kobuszewskim na czele. Potem przez chwilę już przy rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej bywałem częściej, zapraszany przez dyrektora Andrzeja Nejmana, który na początku swej kadencji chciał dać placówce nową energię. A potem znowu o Kwadracie zapomniałem. Aż do chwili, gdy dowiedziałem się, że OPEN THE DOOR inauguruje Ewa Ziętek monodramem „Nieostrość widzenia”. Poszedłem i zobaczyłem coś, czego w nastawionym na śmiech teatrze absolutnie bym się nie spodziewał.

Teraz czas na wyznanie bardziej wstydliwe – trochę też zapomniałem o Ewie Ziętek. W końcu nieczęsto wracam do „Wesela” Andrzeja Wajdy, gdzie jako Panna Młoda debiutowała na ekranie, nie załapałem się na Narodowy Adama Hanuszkiewicza, gdzie była podstawową postacią w zespole. Powtarzam sobie co jakiś czas wspaniałe telewizyjne „Trzy siostry” Aleksandra Bardiniego, pierwszy raz oglądane na zajęciach u Andrzeja Wanata jako lekcja Czechowa i teatru w ogóle. I widzę Ewę Ziętek jako Olgę, Krystynę Jandę – Maszę, Joannę Szczepkowską – Irinę, wówczas studentki warszawskiej PWST. Spektakl może i ździebko się zestarzał, aktorstwo w nim to poziom niebotyczny. Potem widziałem Ziętek gościnnie w Narodowym z „Kartotece” Kazimierza Kutza i „Weselu” Jerzego Grzegorzewskiego, no i na dobre straciłem ją z oczu. „Byłam aktorką Teatru Narodowego, zostałam aktorką teatru kwadratowego, bo mam też talent komediowy” – mówi o sobie w „Nieostrości widzenia” i to, jako się rzekło, główny powód mego zaniechania.

„Nieostrość widzenia” napisał Remigiusz Grzela, wyreżyserował Wawrzyniec Kostrzewski, ale nie byłoby tego skromnego, choć przejmującego przedstawienia bez aktorskiej uważności, delikatności oraz uczciwości Ewy Ziętek. Łączą się w nim dwie opowieści. Pierwsza o Zofii Książek-Bregułowej, młodej dziewczynie, która tuż przed wybuchem II wojny światowej z głową pełną marzeń przyjechała do Warszawy, chcąc być aktorką. Zamiast na scenę poszła walczyć, była łączniczką AK, w Powstaniu niemal straciła wzrok, przez jakiś czas widząc tylko rozmazane barwne plamy. Po nieskutecznej operacji oślepła całkowicie, ale nie porzuciła swoich planów. Została aktorką, pozostając w pracy do końca. Choć niewidząca, zawsze wiedziała, gdzie na scenie pada światło. I kierowała się tam pewnym krokiem.

Ewa Ziętek małymi literami, często niemal półgłosem opowiada o kobiecie większej niż życie. O miłości, jaka połączyła ją z mężem Włodzimierzem, a którą trudno ująć w słowa, o chwilach buntu i zwątpienia. Na maleńkiej scenie jest tylko ona sama, nie potrzebuje żadnych dekoracji, podpórek. W kilku kluczowych momentach widzimy na ekranie w zbliżeniu jej twarz. Twarz niezwykłą w swej zwyczajności, delikatną, a pełną emocji, z żarem w oczach.
Opowieść o Zofii splata się z historią Ewy, dziewczyny odwodzonej od aktorstwa, przyjeżdżającej do Warszawy na egzamin wstępny do PWST, pełnej obaw, kompleksów do przełamania i nadziei. Aktorka mówi o sobie lekko, jakby jej życie wręcz domagało się spojrzenia z dystansu, nie zasługiwało na balon powagi. Na szczęście, bo koturny nikomu nie służą, znacznie bardziej wszechobecna w tej warstwie spektaklu autoironia. Dlatego Ziętek nie tyle się z siebie śmieje, ile do samej siebie z dziś i sprzed lat się uśmiecha. Uśmiech udziela się i nam, bo ta historia i ta Pani na scenie zdążyły już stać się nam bliskie. W swoim uporze, ironii, determinacji, by przeżywać życie na własnych warunkach. To teatr malutki, z aktorstwem ujmującym skromnością i uczciwością.

Mówić własnym głosem chce też rozbita na trzy osobowości  - Aliny Chechelskiej i Anny Lemieszek z katowickiego Teatru Śląskiego oraz Agnieszki Przepiórskiej z Teatru Słowackiego w Krakowie (wspomaga je Antoni Milancej również z Teatru w Krakowie) – bohaterka sztuki „Kobieta i życie” Maliny Prześlugi, zrealizowanej w koprodukcji obu instytucji przez Gosię Dębską. To znowu teatr bardzo mały, właściwie staje się na naszych oczach. Fundamentalnych rzeczy nie odkrywa, ale pozwala tej najzwyklejszej ze zwykłych kobiecie, a przez nią każdej innej, wypowiedzieć, a czasem wykrzyczeć niezgodę na wtłaczanie w ustalone społeczne ramy, życie pod dyktatem patriarchatu. Każe zobaczyć ją i usłyszeć, i nie pozwala jej zlekceważyć.

Czy da się oba przedstawienia sprowadzić do wspólnego mianownika? Chyba nie warto próbować. Powiedzmy zatem tylko, że układają się w pochwałę teatru malutkiego. Takiego, który lubi ludzi. Bezinteresownie.



Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image