Sylwetki

Chuligan teatralny

"Moskwa-Pietuszki". Fot. Bartek Warzecha."Moskwa-Pietuszki". Fot. Bartek Warzecha.
Kilka słów o Marianie Opani

Nie bez przyczyny w warszawskim Ateneum w ostatnich latach gra przede wszystkim monodramy - wystarczy, że wyjdzie na scenę i od razu staje się teatr. Mały, niemal bez dekoracji i bez wielkich słów, za to pulsujący emocjami i gorzkim, a czasem wręcz wisielczym humorem. Marian Opania ma w oczach łobuzerski błysk, uwielbia wodzić za nos publiczność i czuć się przez nią kochany. Zasłużył na to wiernością sobie, potrafi zmienić się w oczach, ale nigdy nikogo nie udaje.

Za chwilę minie rok, od kiedy w teatrze na Powiślu inaugurowaliśmy cykl „Moje Ateneum” i oczywistym wyborem było, że pierwszym jego bohaterem będzie Marian Opania. Nie mogło być inaczej, skoro artysta związany jest z tym miejscem od czterech dekad, myślimy Ateneum i przed oczami pojawia się on i dziesiątki ról, które tu zagrał. Formuła spotkania dopiero się rodziła, wiedzieliśmy, że dobrze byłoby, gdyby na rozmowie się nie skończyło, gdybyśmy usłyszeli ważne dla zaproszonych gości teksty albo piosenki. W istocie określił ją jednak Marian Opania. Wybrał trzy songi, skomentował odrzucenie innych („<<Cukierków dla panienki>> nie wykonam, już nie ten czas, wyszedłbym na starego pedofila”), zdecydował, że całość rozpocznie się od piosenki, wejdzie z widowni jedynie w lekko rozproszonej ciemności. Zaimprowizował na szybko coś na kształt próby. Zestresowany przed owym pierwszym razem siedziałem z boku w kulisie, widziałem tylko zarys jego sylwetki. Wystarczyło, bo po chwili usłyszałem jego głos. Ciemny, głęboki, chociaż nie pozbawiony jasnych przebłysków. Byliśmy z koleżanką z teatru, akompaniatorem, technikami. I tak zupełnie z niczego zobaczyliśmy mały wielki teatr. Pamiętam z najdrobniejszymi detalami owo potężne wrażenie.

Opania tamten wieczór od pierwszego wejścia wyreżyserował. Jego opowieść trwała dwie godziny z okładem, a mogła kilka razy dłużej. Był gorzki, zabawny, chwilami przejmujący, niepoprawny, nie do podrobienia. Po zakończeniu wiele osób klepało mnie po ramieniu, mówiąc, że już na starcie zdałem najtrudniejszy w kwestiach związanych z „Moim Ateneum” egzamin. Bo wielokrotnie, choć z widocznym wysiłkiem, udało mi się przebić przez monolog aktora i zadać pytania. Z początku mogłem wyglądać na lekko oszołomionego, z czasem nauczyłem się, by starać się trafiać w te momenty, gdy Marian bierze oddech. I przypomniałem sobie zdarzenie odległe o ponad ćwierć wieku. Był rok 1996, zapewne październik, Kraków, Festiwal Unii Teatrów Europy pierwszy i jak dotąd jedyny raz odbywał się w naszym kraju. Przyjechał m.in. legendarny Piccolo Teatro Di MIlano z Brechtowskim recitalem Milvy oraz spektaklem Giorgio Strehlera. Wielki reżyser zgodził się spotkać z publicznością. Nie po przedstawieniu, ale następnego dnia. W Starym Teatrze wczesnym popołudniem zebrał się nadkomplet widzów, Strehler w ciemnych spodniach i czarnym golfie nie tyle wszedł, co wbiegł na scenę. Za nim podążał ówczesny dyrektor Starego Tadeusz Bradecki, który miał włoskiego maga na żywo tłumaczyć. Bradecki przywitał gościa, zadał pierwsze pytanie i… Strehler w jednej chwili rozpoczął swój ni to marsz, ni bieg po scenie. Trzymając w ręku mikrofon szedł, za chwilę przyspieszał, wybierał własne nieoczekiwane trajektorie, nagle skręcał, po chwili zawracał, dla zmylenia tropów na mgnienie oka się zatrzymywał. I mówił, mówił, mówił, kompletnie zapomniawszy o konieczności tłumaczenia. Tadeusz Bradecki niewiele myśląc ruszył za mistrzem. Niemal biegł za nim, próbując przerwać lawinę słów. Spotkanie trwało godzinę i pięćdziesiąt minut, padły w tym czasie trzy pytania. Strehler zrobił potężne wrażenie, ale nie mniej zaimponował Bradecki. Kiedy skończyli, ledwie łapał oddech. Strehler to Strehler, Opania to Opania, do głowy nie przychodzi mi porównywanie się z Bradeckim. Po tamtym lutowym wieczorze w Ateneum byłem szczęśliwy, ale mniej więcej czułem, jak bardzo wyczerpany musiał być wówczas szef Starego Teatru.

W teatrze na warszawskim Powiślu Marian Opania jest cztery dekady. Pierwszą rolę w Ateneum zagrał w „Śmierci Dantona” w inscenizacji Kazimierza Kutza, był rok 1982. Przyszedł z Teatru Studio, gdzie poddawał się rygorowi formy w spektaklach Józefa Szajny, choć jak sam mówił potrafił mu się przeciwstawić – chyba nie była to jego bajka. W Kwadracie i Komedii z kolei przeszedł komediowy trening, ale to była tylko chwila. Opania, jakiego znamy, narodził się w Ateneum. Zrósł się z tym miejscem i z jego zespołem, niedługo stał się jednym z jego liderów, choć chyba nigdy specjalnie o to nie zabiegał. Zmieniał role jak rękawiczki, żonglował gatunkami i konwencjami grania,  pracował intensywnie, a przecież jeszcze był kabaret, jeszcze filmy, jeszcze… Próbuję przypomnieć sobie, w czym zobaczyłem go najpierw, kiedy zacząłem świadomie chodzić do teatru. Chyba były to Gombrowiczowskie spektakle Andrzeja Pawłowskiego „Pornografia” i „Trans-Atlantyk”, długo utrzymywały się na afiszu. W pierwszym był Siemianem, w drugim Pyckalem, ale oba wieczory należały do Jerzego Kamasa. Opanię dostrzegłem i usłyszałem w pełni w „Brelu” i „Hemarze”, potem jeszcze w „Wysockim” – legendarnych muzycznych seansach Wojciecha Młynarskiego. Jakoś zdobyłem bilety i zobaczyłem coś, co potem poczułem jako doświadczenie formacyjne. Wolałem Brela, bo łączył tragizm z humorem, co wspaniale ukazywał właśnie Marian Opania. Z Wiktorem Zborowskim, Marianem Kociniakiem, Jackiem Borkowskim stworzył chórek Słowików Ateneum. Mniejsza o zawarty w samej nazwie żart i komediowość ich występów, co szybko uczyniła z aktorów ulubieńców publiczności. Słowiki Ateneum to był synonim tonu, klasy, delikatności. Mówiły i śpiewały do widzów zapomnianym dziś, a może i nie do końca zrozumiałym inteligenckim kodem.

Stworzył Opania w Ateneum niezliczoną galerię postaci. Nie ma sensu ich wymienianie, tym bardziej, że był aktorem lojalnym wobec zadania i zespołu, w jego dorobku rzeczy wybitne towarzyszą partiom mniej istotnym. Opania to zawodowiec. Nie lubi dzielić włosa na czworo, interpretować, analizować. Mógłby to robić, ale nie musi. Wychodzi z założenia, że prawdziwa sztuka zawsze obroni się sama.

Zatem nie będę wymieniał wszystkich, ale wspomnę o Rubaszowie ze wstrząsającej „Ciemności w południe” Koestlera w inscenizacji dyrektora Janusza Warmińskiego i Stanisława Mączyńskiego, przypomnę Ignacego z „Iwony, księżniczki Burgunda” Gombrowicza znów w reżyserii Pawłowskiego, no i Kubusia z adaptacji powiastki Diderota, też dokonanej przez Pawłowskiego. Dodam, że aktor znakomicie wtopił się w świat Tadeusza Konwickiego, choć sceniczne wersje „Małej apokalipsy” i „Czytadła” pozostawiały wiele do życzenia.

Za muzyczne występy Opani chwalić nie wypada, bo jego mistrzostwo to w tej dziedzinie rzecz najbardziej oczywista. Ciekawszy jest naturalny związek aktora z Ateneum. Od kiedy pamiętam, na Opanię jeździ się na Powiśle. To dowód, że istnieją więzi na całe życie. Tak jest z Marianem Opanią, tak było choćby z Henrykiem Łapińskim. Mimo że nie grał tu raczej pierwszoplanowych ról, stał się ucieleśnieniem Ateneum. Jest w tym teatrze coś, co kiedyś miał też Stary Teatr w Krakowie. To są teatry, ale i coś więcej. Miejsca, których porzucić się nie da.

Ostatnimi laty Marian Opania gra w Ateneum przede wszystkim monodramy. Z wprawą wciąga nas w historię bohatera „W progu”, bawi się postacią z najnowszej „Meneliady” Niemczuka, nasycając ją własną zadziornością, a chwilami i spojrzeniem na świat. W piosenkach jest liryczny, jakby to właśnie miało ocalić nas przed światem, gdzie nie tylko z wiadomego nadania jesteśmy „gorszym sortem”. W wydaniu Opani to zresztą nie epitet, a życiowa deklaracja. Powód do dumy, który warto wypisać sobie nie tylko na zniszczonym t-shircie, ale i dużo głębiej – w sercu.

„Meneliada” to żart i głębsze znaczenie, „W progu” mimo lekkiej formy każe nam zmierzyć się z wędrówką bohatera ku jego przemijaniu. W „Ojcu” Zellera zrealizowanym przez Iwonę Kempę Opania nawet na chwilę nie wpada w sentymentalne tony, nie szuka pocieszenia dla granego przez siebie starego człowieka, z każdą chwilą coraz bardziej bezradnego wobec choroby. Tyle że André bywa przy tym okrutny, niesprawiedliwy i odpychający. Wielkość kreacji Opani – cenię ją wyżej niż oscarową rolę Anthony’ego Hopkinsa – polega na tym, że aktor jeszcze to podkreśla, aż do finału nie pozwalając nam na komfort współczucia. Przemyślnie konstruuje też tytułową postać w „Cesarzu” Kapuścińskiego w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Rodzi się z tego groteskowy, choć pełen grozy portret pewnego dobrze znanego nam polityka.

Gdybym miał jednak wybrać jedno wcielenie Mariana Opani z ostatnich lat, wskazałbym na Wieniczkę z „Moskwy – Pietuszek” Jerofiejewa. Aktor sam ów monodram wyreżyserował, podkreślając, jakie ten właśnie tekst ma dla niego znaczenie. Zobaczyłem krótki spektakl i pomyślałem, że Jerofiejew napisał „Moskwę – Pietuszki” dla Mariana Opani. By mógł zejść z nim na jego/własne dno, upadać i się podnosić. Wydobyć z pijanego arcydzieła wszystkie jego tony. W upodleniu swego bohatera zobaczyć szansę na nawet kalekie, ułomne i śmieszne wniebowstąpienie.

Marian Opania skończył osiemdziesiąt lat. To się wydaje nie do uwierzenia, bo może bywa zmęczony, może widać to w oczach i na twarzy, ale gdy wchodzi na scenę, jest znowu młodszy od nas wszystkich. Ma w sobie żar, który każe mu wściekać się na świat i na Polskę, i ten sam łobuzerski błysk w oku. Kiedyś w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy zagrał wspaniale redaktora Winkla – wiecznie spoconego, w ciągłym biegu. Ten bieg mu został, bo jest prawdziwym chuliganem, a tacy za nic nie dadzą się przygwoździć. Nikomu i niczemu. Tak już mają.

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image