Recenzje

W cieniu zakwitających dziewcząt

Fot. Natalia KabanowFot. Natalia Kabanow
„Genialna przyjaciółka”, reżyseria Ewelina Marciniak, Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Z fragmentów powieściowej tetralogii Eleny Ferrante Ewelina Marciniak stworzyła wciągającą, chwilami bezczelną i zuchwałą opowieść o dziewczynach, które zmagają się z opresją świata, własną biologią, wyobrażeniami o sobie i tłamszonymi marzeniami. To najlepsze od co najmniej miesięcy przedstawienie krakowskiego Narodowego Starego Teatru, wyreżyserowane ze szwungiem, mocne, czasem zdystansowane i pełne ironii.

Całkiem otwarcie przyznaję – nie znam „Genialnej przyjaciółki” Eleny Ferrante. Kiedyś miałem w rękach pierwszy tom cyklu enigmatycznej autorki/autora z Neapolu, poczytałem trochę, ale odłożyłem na bok, wmawiając sobie, że jeszcze do tych książek wrócę, a jednocześnie wiedząc, że tak się przynajmniej w bliskiej przyszłości nie stanie. Łyknąłem za to „Czas porzucenia” i całkiem mi się spodobało. A jeszcze bardziej zapadło mi w pamięć oparte na tej książce olsztyńskie przedstawienie Weroniki Szczawińskiej z wybitną rolą Mileny Gauer jako zdradzonej i zostawionej po piętnastu latach małżeństwa kobiety, która wyrzuca z siebie całą wściekłość na facetów i źle urządzony świat oraz na nowo przypomina sobie, jak to jest żyć własnym życiem. I pomyślałem sobie wówczas, że niewykluczone, iż dla twórczości Ferrante teatr to bardzo przydatne, wspomagające ją medium. Bo bohaterki przez nią tworzone mają dusze i ciała, dlatego dobrze jest je zobaczyć, poczuć ich aurę, nawet zapach. A słowa usłyszeć. Wtedy mają łatwiejszą drogę, żeby wwiercić się w mózg.

O tym, że właśnie tak to działa, przekonuje krakowski spektakl Eweliny Marciniak. Trochę jak w głośnym serialu HBO – zrobiłem sobie repetycję, pobieżną, ale jednak wystarczającą, by zrozumieć rządzącą nim zasadę – reżyserka oraz autorka scenariusza i dramaturżka Małgorzata Czerwień nie decydują się na przenoszenie na scenę całości choćby pierwszego tomu, nie budują linearnego przebiegu fabuły, ale relację między Lilą (Anna Paruszyńska-Czacka) oraz Eleną (Karolina Staniec) przedstawiają w ciągu związanych emocjami bohaterek i ich wewnętrzną drogą zdarzeń, które niczym korale można nawlekać na nić ich życia, niekoniecznie zawsze w tej samej kolejności. Robi to świetne wrażenie, bo pozostaje adaptacją powieści Ferrante, wierną jej duchowi, a także w dużych fragmentach literom tekstu, ale uwalnia Marciniak i Czerwień od obowiązku ciągłego spoglądania na pisarkę, biegu po jej śladach. Pozwala przy tym zaakcentować to, co w „Genialnej przyjaciółce” z Narodowego Starego Teatru przynależy li tylko scenie. Energię opowieści, emocje aktorek, nie unikających świadomych przerysowań, nie szukających za wszelką cenę realizmu w graniu, za to nie bojących się ostrych środków, które czasami wręcz przypominają świadomą hiperbolizację uczuć.

Wreszcie – co może najważniejsze – Marciniak i Czerwień rozgrywają tę historię co najmniej na trzech planach. Pierwszy, najbardziej oczywisty jest adaptacją książki Eleny Ferrante, chociaż nie zatrzymuje się wyłącznie na odtworzeniu zdarzeń. Dochodzi przecież jeszcze interpretacja obu bohaterek, w inscenizacji wyglądających nawet nie tyle na siostry z wyboru, dodatkowo swe duchowe siostrzeństwo akcentujące, ale wręcz na rozbitą na dwie postaci osobowość – dwie twarze rodzącej się, zakwitającej, ale i rozczarowanej życiowym doświadczeniem kobiecości. Wielka zasługa w tym Anny Paruszyńskiej-Czackiej i Karoliny Staniec. Choć podobne, każda jest inna, a jednocześnie obie trafiają we wspólne tony otwartego, pozbawionego konieczności ukrywania się za sztafażem konwencji grania. Ich rozmowy mają swoją temperaturę, wydaje się, że obie aktorki bez reszty zawierzają się granym przez siebie dziewczynom, aby bez osłonek wykrzyczeć, wyszeptać, przekazać głośnym, czasem bezradnym śmiechem ich emocje. Nie jest to modne dziś granie bez grania, bo owa naturalność na Scenie Kameralnej Narodowego Starego Teatru jeszcze precyzyjnie opracowaną przez wykonawczynie i reżyserkę partyturą. I sprawdza się doskonale, nadając widowisku tempo i swadę. Pierwsza dwugodzinna spektaklu część jest wręcz olśniewająca, niemal nie daje widzom chwili na złapanie głębszego oddechu.

Anna Paruszyńska-Czacka dodaje nowe barwy do swego emploi, skutecznie ukazując rozedrganie Lili, ale najlepszą rolę w spektaklu tworzy Karolina Staniec. Wstrząsająca w gnieźnieńskim „I tak nikt mi nie uwierzy” Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak, w kolejnej inscenizacji duetu, kieleckiej „Klątwie rodziny Kennedych”, zapewne z woli reżysera w takim stopniu powtarzała tamtą sceniczną obecność, iż wyglądało to na nieświadomy plagiat własnej roli. W „Genialnej przyjaciółce” Staniec pokazuje zupełnie inną twarz, nową skalę możliwości. Jako Elena bywa bezczelna w artykułowaniu potrzeb i bezradna w zderzeniu z opresyjną rodziną i społeczeństwem. Aktorka nigdy nie była na stałe w żadnym zespole i umie z tego korzystać. Ma w sobie świeżość i prawdziwą odwagę, nie ma rutyny. Czasem wydaje się, iż drążenie emocjonalności swej postaci zaczyna tam, gdzie inni kończą. Może jest jeszcze w swym aktorstwie nieociosana, ale intensywność roli u Marciniak sprawia, iż trudno mi z kimkolwiek ją porównać – jest inna i to jest piekielnie ciekawe.

Bardzo inspirujące to doświadczenie nie byłoby możliwe bez reżyserki oczywiście. Ewelina Marciniak ostatnio pracowała przede wszystkim poza Polską, w Niemczech zdobyła bardzo ważną nagrodę, na trwałe weszła do tamtejszego artystycznego obiegu. Krakowskie przedstawienie wskazuje, że zderzenie z innym światem mocno wpłynęło na jej teatr. „Genialna przyjaciółka” inscenizowana jest mocną kreską, dynamicznie, ze zbyt rzadkim u polskich twórców szwungiem, imponującą pewnością siebie. To teatr, co nie udaje pretensjonalnych głębi, za to częstokroć wobec siebie zdystansowany, ironiczny, kwestionujący własne zasady, czasem idący w jawną grę z samym sobą. Właśnie to dyktuje drugi wymiar widowiska. Aktorzy raz po raz wychodzą z ról, komentują zdarzenia, dokładając element gry z własną pozycją, wizerunkiem. Świetna jest sekwencja „przemocowa”, gdy Juliusz Chrząstowski, Krystian Durman, Łukasz Stawarczyk i Michał Majnicz prześmiewczo rozprawiają się z demonami politycznej poprawności, stereotypami męskości, uśpionym męskim gniewem i wreszcie trochę z samymi sobą na przecięciu aktorstwa i umiejętnie dozowanej prywatności. Wydaje się, że Marciniak nareszcie pozwoliła znakomitym aktorom Starego – najdosłowniej – poszaleć, a ci z szansy skorzystali. Tak samo dotyczy brawurowej Ewy Kaim, Małgorzaty Zawadzkiej, Aleksandry Nowosadko oraz Adama Nawojczyka, bawiącego się karykaturą włoskiego macho.

W „Genialnej przyjaciółce” dzięki umownej scenografii Natalii Mleczak udało się także zawrzeć zabawę stereotypem włoskości. Trafiamy z bohaterkami na słoneczną plażę, niemal czujemy oddech Wezuwiusza. Rzecz jasna, teatr nie dysponuje filmowymi środkami, w Starym Teatrze nie wyczarują nam nagle Neapolu. Ewelinie Marciniak i jej ekipie wystarczą jednak same znaki, byśmy poczuli pastiszowo zarysowany klimat Italii.

Przedstawienie Eweliny Marciniak niesie wiele tematów, stawia wiele pytań. Najważniejsze zdaje się to o wewnętrzną niepodległość, zgodę z własnymi impulsami i tożsamością. Nie do przecenienia jest tu obecność wybitnego multiinstrumentalisty Wacława Zimpela, który przez niemal cztery godziny widowiska tworzy muzykę na żywo, czyniąc z niej nierozerwalny element inscenizacji. I ma swój moment, gdy wychodzi do nas z monologiem - zwierzeniem. Mniejsza o to, ile w nim prawdy, a ile mistyfikacji – nawet nie chcę tego wiedzieć. Dość powiedzieć, iż obecność znakomitego artysty jest jedną z unikalnych wartości krakowskiego spektaklu.
Nie znaczy to, że „Genialna przyjaciółka” Eweliny Marciniak pozbawiona jest słabości. Druga część przedstawienia nie trzyma już napięcia pierwszej, nieco szwankuje dramaturgia, zdaje się jakby widowisko puchło od środka, gdyż reżyserka nie była w stanie zdobyć się na rezygnację z niektórych sekwencji i wątków. Rozegrany przy szatniach epilog wydaje się doklejony na siłę do i tak gigantycznego wieczoru, a może szwankuje już nasza, moja uwaga zmęczona przez minione trzy i pół godziny. Bezwzględnie jednak w Narodowym Starym Teatrze znów – wreszcie – powstał spektakl na miarę tej sceny. Opowiadany z kobiecej perspektywy, ale daleki od feministycznych manifestów. Żywy, czasem ostry, a czasem okrutnie zabawny. I nie wstydzący się własnej atrakcyjności, przeciwnie potrafiący mocno ją wyzyskać. Dla każdego.

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image