Recenzje

Po drugiej stronie lustra

Fot. Rafał SkwarekFot. Rafał Skwarek
„Romeo i Julia is not dead”, reżyseria Michał Siegoczyński, Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Tworząc alternatywną historię kochanków z Werony, Michał Siegoczyński bezceremonialnie wrzuca ich w podły, zdeprawowany świat i pozbawia niewinności. Łączy w hasztag albo mit popkultury, sprawdzając, co z niego zostało. Fantastycznie grany przez zespół Teatru Wybrzeże „Romeo i Julia is not dead” to najbardziej radykalny z jego spektakli. Bezczelnemu, grubymi nićmi szytemu show z oddali patronują Quentin Tarantinom i Baz Luhrmann. Bezwstydny glamour skrywa czystą grozę.

Ten sam reżyser, ale inny teatr. Michał Siegoczyński kojarzy się przede wszystkim z obsypanym nagrodami „Najmrodzkim, czyli dawno temu w Gliwicach” z Teatru Miejskiego w Gliwicach i „Chciałem być” z Teatru Powszechnego w Łodzi, które cenię znacznie wyżej. Król złodziei z czasów PRL i Krzysztof Krawczyk – artysta zawsze miał upodobanie do ikon bliskich widzowi, bo po ludzku ułomnych, chwilami nawet przaśnych, niezamierzenie dla samych siebie pociesznych. Szukał odcieni szarości, tonował to, co najbardziej jaskrawe. I nie oceniał, widząc w tamtym czasie wspólny rodowód wielu pokoleń, włącznie z jego i moim. Znakiem rozpoznawczym tych epickich niemal widowisk była nostalgia. Czas odbiera ostrość zdarzeniom, ocala jasne barwy w charakterystykach bohaterów, więc patrzymy na nich z czułością, widząc scenografie z naszego dawnego życia. Szczególnie w spektaklu o Krawczyku działało to znakomicie.

A czasem wraz z inscenizatorem widzimy w protagoniście samych siebie. Tak zaprojektował Siegoczyński gigantyczne (nawet za bardzo) przedstawienie o Don Kichocie z krakowskiego Teatru Ludowego. Sceny znakomite sąsiadowały w nim z niekoniecznymi, ale w swym przepisaniu opowieści Cervantesa artysta dotknął na wskroś osobistych tonów. Zaproponował i śmieszną, i straszną spowiedź błędnego rycerza, widząc w nim także własne rysy. Chwilami szedł ostro, w magii widząc blagę, w wierze niemądrą naiwność.

Ostatnie sukcesy twórcy sprawiły, że postrzegamy go przede wszystkim jako uśmiechniętego kronikarza nie tak odległej przeszłości, ale warto pamiętać, że Michał Siegoczyński obecny jest w teatrze od niemal trzydziestu lat. Pierwszą dekadę pracował jako aktor, potem przeszedł na drugą stronę rampy. Zawsze lubiłem w jego pracach brak artystowskiego zadęcia. I fakt, że umiejętnie żonglował gatunkami, przechodząc od Jewgienija Griszkowca („Jak zjadłem psa”) , przez Stephena Belbera („Taśma”), do samego siebie. Z czasem zrozumiał, że chce przede wszystkim realizować własne teksty. To znaczy czyjeś, ale przez siebie przepisane, przetłumaczone na specyficzny teatralny język, w którym klasycy spotykają się z dzisiejszą popkulturą, gdzie czystość sąsiaduje ze świadomie użytym obciachem, a w pokręconych zdaniach znać szumy, zlepy, ciągi z Masłowskiej, a przede wszystkim Marka Koterskiego. Tyle że czerpiąc garściami z innych, mieszając wszystko ze wszystkim, komponuje zwykle Siegoczyński mikstury o oryginalnym smaku. Ciekawe, że często bazą dania czyni dzieła klasyczne – literackie (choćby „Tramwaj zwany pożądaniem” Williamsa, „Norę” Ibsena albo „Noce i dnie” Dąbrowskiej, „Śniadanie u Tiffany’ego” Capote’a) albo filmowe („Wiosenna bujność traw” Kazana), tyle że nigdy nie udaje, że jest blisko oryginału. To podejście inne niż przy typowym przepisywaniu kanonicznych dzieł. Autor „Romeo i Julia is not dead” nie tyle tłumaczy je na język współczesności, ile nadbudowuje na nich osobne konstrukcje. Odnajdujemy w jego inscenizacjach archetypiczne postaci, ale już środowisko, w jakim się poruszają, z trudem poznajemy. Przedstawienia Siegoczyńskiego bliskie są więc historiom alternatywnym, można je też nazywać dziwnymi sequelami archetypicznych tekstów, takimi z mocno przetrąconym kręgosłupem, a czasem i podbitym okiem.

To jest reżyser, który pisze spektakle na scenie. Znajomy dyrektor powiedział kiedyś, że go zmusi, żeby przyszedł na pierwszą próbę z gotowym tekstem, ale wątpliwe, żeby mu się udało. Bo widowiska Siegoczyńskiego powstają w drodze nieustannej weryfikacji. Jedna sekwencja wypada, druga zmienia miejsce. Udany chwyt, przypadkowy moment zostaje zafiksowany, z innym rozwiązaniem można się pożegnać. Wyczerpująca to metoda zarówno dla samego autora, jak i aktorów, którzy niemal do końca nie znają ostatecznego kształtu swej pracy. Tyle że w Gdańsku Siegoczyński jeszcze raz potwierdził, że warto mu zaufać. W dodatku zawsze wydawało mi się, że największy kłopot ma z redukcją. Nie cierpi rezygnować z poszczególnych sekwencji, dlatego jego spektakle bywają nierówne, no i nie zawsze da się obronić, że trwają tak monstrualnie długo. Tymczasem w Teatrze Wybrzeże seans zamknął się w dwóch godzinach z przerwą. I niczego w nim nie zabrakło.

Tytuł ma w sobie błąd – Romeo i Julia nie jest martwy. Jak to nie jest martwy – lepiej po angielsku brzmiało, ktoś nie dopilnował? Nic z tych rzeczy, bo nic albo prawie nic w sopockim spektaklu nie jest przypadkowe. Więc najpierw tytuł. Romeo i Julia to nie Romeo wraz z Julią, chłopak i dziewczyna, legendarni kochankowie. To dwugłowy i obdarzony dwoma bijącymi w jednym rytmie sercami twór, bliźnięta nie do rozłączenia. Nasza w tym zasługa, a trochę i Williama Szekspira, ojca najsłynniejszej pary, że odebraliśmy im podmiotowość, odmówiliśmy prawa do jednostkowego życia. Dlatego w Teatrze Wybrzeże Julia (Katarzyna Borkowska) i Romeo (Michał Jaros) próbują odzyskać swe osobne istnienia. Światła kieruje Siegoczyński przede wszystkim na nią, widząc w Julii współczesną przedwcześnie uświadomioną nastolatkę, która próbuje sprostać światu. Nie rozumie jego zła, tego, że wszystko jest albo może stać się transakcją, ale próbuje po swojemu za nim podążać. Takie jak ona dziewczyny tłumnie krążą po sopockim Monciaku przede wszystkim w piątki i soboty wieczorem. Czekają na uśmiech losu. Na swojego Romea z łańcuchem na szyi i licznymi dziarami.

Świetna to rola młodej aktorki. Julia Borkowskiej czasem bezczelna, za chwilę staje się bezradnie spragniona miłości i dotyku. Ma w sobie rzadki dar koncentrowania na sobie całej uwagi widowni. No i znakomicie śpiewa. Zresztą „Material Girl” Madonny można uznać za credo inscenizacji. To opowieść o materialnej dziewczynie w przeżartym materializmem świecie.

Kluczowa jest scena, gdy Julia przegląda się w lustrze, jakby chciała rozpoznać w nim swoją twarz. Za późno. Bohaterowie tej skaleczonej złem trawestacji Szekspirowskiej tragedii nie mają prawa do prawdziwych dramatów. Jak Alicja Lewisa Carrolla przenikają na druga stronę lustra, a to, co tam przeżyją nie przyniesie im ukojenia. To nie jest tak, że esencja Julii to popalanie skrętów z równą jej wiekiem nianią Martą (Karolina Kowalska), nowe sukienki i tańce na dyskotece. Ta rola jest, podobnie jak i całe sopockie przedstawienie, o szukaniu substytutu prawdziwego życia, bo o odnalezieniu siebie nikt nie marzy. Nie jest czczym żartem, iż w pierwszym swym wejściu Romeo Michała Jarosa zaczyna najsłynniejszy monolog Hamleta, po czym szybko się wycofuje, bo to przecież inna sztuka. Opowieść Siegoczyńskiego nie odpowie na pytanie „być albo nie być”, nie zyska rangi pełnoprawnej tragedii. Autor „Romeo i Julia is not dead” w serii teledyskowych błysków portretuje świat, który wyrzekł się prawa do uczuć w wysokiej skali, nie ma w nim mowy o żadnym fatum. Trudno by było inaczej, skoro ojciec Laurenty (Robert Ninkiewicz) ubrany w jasny garnitur to zwykły dziwkarz i tandetny wodzirej. Dlatego ironicznie brzmi towarzysząca zbliżeniu kochanków piosenka „The Power of Love” Frankie Goes To Hollywood. Potęga miłości? Raczej niezrealizowane marzenie. Świat tego przedstawienia ściąga w dół nawet Romea i Julię.

Ojciec Julii (Grzegorz Gzyl) to bowiem brutalny gangster, nie cofający się przed eliminowaniem przeciwników, a wcześniej łamaniem im rąk. Matka (Dorota Androsz) ma w sobie coś ze zmęczonej kobiety lekkich obyczajów, przed ostatecznym upadkiem ratuje ją świadomość własnego położenia. Młodzi sprowadzeni zostali celowo do wymiarów karykaturalnych, co aktorzy Wybrzeża z upodobaniem podkreślają. Nie są to zbyt skomplikowane psychologicznie role, ale wymagają siły, precyzji i bezwstydnego szwungu. Magdalena Gorzelańczyk, Robert Ciszewski, Janek Napieralski, Jakub Nosiadek, Adam Turczyk grają ostro, czasem celowo przekraczając granice szarży. Cała obsada „Romeo i Julia is not dead” (nie wymieniłem jeszcze Katarzyny Kaźmierczak i Agaty Woźnickiej) z impetem wchodzi w zaproponowaną przez reżysera konwencję, bawiąc się nią, a czasem zaprawiając ledwo dostrzegalną goryczą. Żeby dźwignąć takie zadanie trzeba ogromnej sprawności. Zespół gdańskiego Wybrzeża po raz kolejny pokazuje, że jest w wyjątkowej formie.

Spektakl Michała Siegoczyńskiego nie stawia barier przed publicznością. To mocne, grubymi nićmi szyte show, wypełnione często numerami o wręcz kabaretowej proweniencji. Jego rytm dyktuje muzyka, wśród wykorzystanych utworów znajdujemy kawałki Bruce’a Springsteena, Toma Waitsa, Björk, największy hit INXS, coś z Lady Gagi, ale i Rozynka, Veer, a nawet Jeden Osiem L i nieśmiertelne aż do bólu „Jak zapomnieć”. Rzecz bliska jest produkcjom Baza Luhrmanna z „Romeo i Julią” na czele, tyle że australijski reżyser startował jednak w innej konkurencji, zachowując wierność oryginałowi i wszystkie słowa biorąc z Szekspira. Bliski Siegoczyńskiemu jest też oczywiście Quentin Tarantino i jego rozwichrzone, czasem istniejące w wielu wariantach historie. Najważniejsze jednak, że zwodniczo atrakcyjne przedstawienie, nowe „Romeo i Julia na sterydach”, przemyca obraz świata, z którego chciałoby się jak najszybciej uciec. Świata po drugiej stronie lustra – podłego, skurwionego, glamour na pokaz, a obrzydliwego. Chociaż pędzimy wraz bohaterami na złamanie karku, wraz nimi bawimy się do upadłego, uśmiech zamiera na ustach.

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image