Eseje

Żyj i pozwól umrzeć

fot. Klaudyna Schubertfot. Klaudyna Schubert
„Jak nie zabiłem swego ojca i jak bardzo tego żałuję”, reżyseria Mateusz Pakuła, Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie - Teatr Żeromskiego w Kielcach

Dziennik umierania swego taty Mateusz Pakuła rozpina między rozpaczą a bezczelnym oczyszczającym śmiechem, między świadomością nieuchronnego a wybuchami niepohamowanej wściekłości na Polskę, kościół, jego ludek i bożków, całe to gadanie o pięknym cierpieniu, między chęcią zatrzymania chwil a wołaniem o prawo do eutanazji. Na koniec zaś otrzymujemy wyjątkowe świadectwo bezsilności teatru w starciu z prawdziwym życiem. I właśnie to jest w tym seansie najbardziej przejmujące.

„Zastałem tatę żółtego. Siedział sobie w salonie cały żółty i źle się czuł. Akurat graliśmy Twardy gnat, martwy świat w Teatrze Żeromskiego, więc skorzystaliśmy z Zuzią i chłopakami z noclegu w domu moich rodziców”. Tak zaczyna się książka Mateusza Pakuły, w której zapisał ostatnie miesiące swego ojca. Zapisał je w czasie teraźniejszym, przywołując momenty załamań, lekkie przypływy złudnej nadziei, zdarzenia codzienne, które nagle nabrały szczególnego znaczenia. „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” to dziennik umierania pisany na bieżąco, ale dużymi fragmentami ex post. Skoro od pierwszej chwili znamy zakończenie, w czasie lektury możemy skupić się na tym, co w normalnej sytuacji stałoby za rozwojem wypadków. Na zmieniających się uczuciach Mateusza Pakuły, jego brata Marcina i ich mamy, na pisanych z prześmiewczą szczerością familijnych obrazkach, składających się na portret rodzinny we wnętrzu, a jednocześnie wiwisekcję Polski w pigułce, co prowadzi do uświadomienia, dlaczego właśnie w takim położeniu jako społeczeństwo się znaleźliśmy, dlaczego takich dokonaliśmy wyborów.

Chociaż od chwili, gdy pierwszy raz czytałem książkę Pakuły minął już ponad rok, pamiętam, że nie mogłem się od niej oderwać. Pożerałem ją łapczywie, choć przecież było w tym coś z masochizmu. Bo jest w „Jak nie zabiłem swego ojca…” detalicznie opisywana fizjologia umierania, jest agonia w wymiocinach i gównie, są niepozbawione najmniejszych szczegółów obrazy niknącego ciała. Więcej niż można znieść, szczególnie kiedy przypomnimy sobie żegnanie własnych bliskich. A jednak autor „Wieloryba. The Globe” nie uprawia martyrologii żegnania ojca, nie szuka uzasadnień dla cierpienia, nie nurza się w erudycyjnych odniesieniach do Barthesa. Tkając sieć z mniejszych i większych zdarzeń, szukając drugiego dna w najbardziej zwykłych sytuacjach albo pozostawiając je bez komentarza, buduje własną opowieść, otwierając drzwi dla innych.

Mało kto zwracał na to uwagę, ale książka Pakuły jest niepoprawna politycznie tysiące razy bardziej niż różne modne lewicowe manifesty. Pisarz żywiony nienawiścią do polskiego światka, skazującego jego ojca na bezprzykładny ból, wyrzuca z siebie atak na pasące się własnym samozadowoleniem skretyniałe społeczeństwo, piętnuje brak empatii, a przede wszystkim wali w kościół katolicki, trawestując sami wiecie kogo, że to nie ludzie, a ideologia. Nie bawi się w subtelności, uderzając we wciąż powszechnie uznawane świętości z polskim papieżem na czele, a co poniektórym obiecując odwet. Podlewa to ostrym humorem, czyniąc z tej opowieści chwilami bez mała satyrę, jak mało kto umie dostrzegać absurdy rzeczywistości dalej i najbliżej siebie.

Właśnie śmiech uderza w wielu momentach szczególnie mocno, przenosząc „Jak nie zabiłem swego ojca…” w nieoczekiwane rejony. Trzeba prawdziwej odwagi, by w odchodzeniu kogoś najbliższego znaleźć takie nuty, a z drugiej strony właśnie śmiech, czasami nawet histeryczny rechot, bywa skuteczną obroną. Był dla Mateusza i jego rodziny, teraz jest dla nas, czytelników i widzów tej historii. Pozwala na dystans, a przecież nie sprawia, byśmy stracili z nią więź. W swoich dramatach Pakuła budował nieoczekiwane asocjacje z naukowymi odkryciami, czasem zanurzał się w narracyjnych eksperymentach. Przyznam, że dla mnie najlepszy jest w pozornie najprostszej, ale najbardziej nasyconej emocjami wersji – w „Stanisław Lem vs Philip K. Dick” (zamieszczonym w książce, bo pisanym w tym czasie), a przede wszystkim w „Wielorybie”, tworzonym dla Krzysztofa Globisza i przynoszącym jego nieprawdopodobną, czysto ludzką obecność na scenie. Dlatego tak bliski jest mi jego prozatorski debiut. Bo brzmi jak opowieść Mateusza Pakuły kierowana do każdego z osobna, świadomie ubrana w kostium potoczności, ujmująco bezpośrednia, a przez to jeszcze bardziej dotkliwa.

Poświęcam tyle miejsca książce, bo była pierwsza, bez nie byłoby przedstawienia. Nie ulega wątpliwości, że jej pisanie stało się też dla autora terapią, przepracowaniem traumy i tak nie do zapomnienia. Realizacja teatralna stała się zapewne owej terapii przedłużeniem, przyniosła także całkiem nowe dylematy. Czytanie jest zajęciem intymnym, wokół spektaklu buduje się najpierw wspólnota twórców, a potem widzów, odczuwających razem seans. Zatem przeżycia do tej pory dla każdego indywidualne stają się wspólne, co w tym przypadku ma podstawowe znaczenie. Wiadomo, każdy wieczór zawsze w teatrze jest inny, ale wyobrażam sobie, że „Jak nie zabiłem swego ojca…” zmieniać się będzie diametralnie. Podczas premiery w krakowskiej Łaźni Nowej publiczność raz po raz reagowała śmiechem, wydobywając na wierzch komediową warstwę widowiska. Przypuszczam, że ta reakcja wpłynęła także na aktorów (przede wszystkim skądinąd świetnego Szymona Mysłakowskiego, bo na nim opiera się komizm inscenizacji), by jeszcze bardziej nacisnąć pedał gazu. A może wcale tak nie było, a za moje wrażenie odpowiada wyłącznie szukająca ucieczki w śmiech widownia. I jeszcze – może tak być musiało, bo każdy ma własną granicę tego, ile może wytrzymać. Książkę można odłożyć, do teatru nie wchodzi się bezkarnie. Ucieleśnienie wizji, dotychczas odtwarzanych w wyobraźni, może budzić opór. Stąd konieczna obrona.

„Jak nie zabiłem swojego ojca…”, choć wyszło spod pióra człowieka teatru, niełatwo przenieść na scenę. Spektakl Łaźni Nowej i kieleckiego Teatru Żeromskiego dużymi fragmentami przypomina czytanie performatywne, z narracją podzieloną na głosy. Głos autora należy do Andrzeja Platy oraz chwilami Jana Jurkowskiego, który wciela się też w postać mamy, ojcem jest Wojciech Niemczyk, wszystkie inne role przypadają Szymonowi Mysłakowskiemu. Zastanawiałem się podczas oglądania, czy to nie za mało, że może można było dać więcej teatru w teatrze. Szybko złapałem się na tym, że to kompletnie bez sensu. Bo jak inscenizować najprawdziwsze cierpienie, jeśli ma się je pod powiekami? Nurzać się w bólu? No, nie. Poza tym więcej teatru to byłby efekt, a nie o efekty tu chodzi.

Muzyka jest dziełem Zuzanny Skolias (jej wokal słyszymy), Antonisa Skoliasa oraz Marcina Pakuły, cały czas pozostającego na scenie. Siedzi za klawiaturą, gra, ale chwilami odrywa się od instrumentów, patrzy w dal, jest z nami, a jakby wracał do rodzinnego domu, znowu uczestniczył w tamtym czasie.

Słychać przetworzone, ale rozpoznawalne motywy z filmów o Bondzie – „Skyfall”, „Goldeneye”, „Live and Let Die”. Na rurach do zjeżdżania znanych z aquaparków (Marek Pakuła opracowywał ich architektoniczne projekty) pojawiają się wizualizacje autorstwa Olgi Balowskiej, przenosząc konkret umierania w sferę fantasmagorii. Instalacyjna scenografia Justyny Elminowskiej pozwala uczynić seans doświadczeniem, w którym umierający ojciec może być superbohaterem jak Bond, choć ani teraz, ani nigdy go nie przypominał. I może wtulić się w dorosłego syna. Teraz wciąż mówią „kocham cię”, syn mówi „tatuś”, a tatuś jest jak jego synek, w którym go widzi i w nim pozostanie. „Jak nie zabiłem swego ojca i jak bardzo tego żałuję” daje ucieczkę od śmierci w prostym mówieniu o uczuciach. Choć wyobrażam sobie, że właśnie to mogło twórców kosztować najbardziej, bo pozwala innym wejść w ich najgłębszy skrawek intymności.

W spektaklu wypowiada te słowa Andrzej Plata i jest na wskroś przejmujący. Ledwie dostrzegalnymi sposobami, niejako poza aktorstwem, buduje szczególnie intensywną obecność. Do niego i do Jana Jurkowskiego należą też momenty wściekłości, przeradzającej się w krzyk rozpaczy, bezradnej wobec cierpienia. Jest w nich po prostu wkurw, chęć rozpieprzenia wszystkiego dookoła, bo nic innego nie da się zrobić, chyba żeby udusić poduszką własnego ojca. Bo nie ma eutanazji, o którą krzyczy Mateusz Pakuła w książce i przedstawieniu. Mam nadzieję, że tego krzyku nie da się zignorować.
Humor uwolnił spektakl od patosu, mnie nie udało się wyplenić go z tego tekstu. Na koniec wszyscy aktorzy przybijają piątki Marcinowi Pakule, który zostaje sam za swym keyboardem. Jakoś bezradnie zwraca się do ojca, proponując przewinięcie filmu życia. Oglądamy zdjęcia Marka Pakuły – od końca do początku. Z żoną, z synami, na wakacjach, w różnych sytuacjach. Sekwencja z konieczności nieistniejąca w książce staje się gestem obnażenia bezsilności teatru, ale sprawia, że wychodzę z przedstawienia z nadzieją. Życie wygrywa z teatrem. Ze śmiercią wygrywa też. A teatr? Może zostawić jakiś ślad.



Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image