Eseje

Wytrąceni z milczenia

Fot. Klaudyna SchubertFot. Klaudyna Schubert
Na marginesie „Dziadów” w reżyserii Mai Kleczewskiej z Narodowego Akademickiego Teatru Dramatycznego w Iwano-Frankiwsku

Ukraińskie „Dziady” Mai Kleczewskiej można uznać za rewers wspaniałego krakowskiego przedstawienia z Teatru Słowackiego, obie inscenizacje tworzą niepowtarzalny dyptyk i najlepiej byłoby oglądać je jedna po drugiej. Polska artystka wraz z grającymi jak w natchnieniu aktorami z Iwano-Frankiwska uderza w Rosję i zadowolony z siebie, zatruty hipokryzją Zachód, wyprowadzając arcydzieło Adama Mickiewicza na wojenne barykady. Z pozoru jest to krótkie, niemal kameralne przedstawienie, ale nie bierze jeńców, nie pozwala zaczerpnąć oddechu.

Oglądam ukraińskie „Dziady” w Krakowie na Boskiej Komedii. Publiczność w Teatrze Słowackiego skupiona, w lekkim napięciu. Nie da się oderwać tego, co za chwilę zobaczymy, od tamtych „Dziadów” sprzed dwóch lat. Spektakl Mai Kleczewskiej stał się mitem założycielskim Teatru w Krakowie, zapoczątkował nagonkę władz, ale jednocześnie uruchomił pokłady dobrej energii i pozwolił uwierzyć, że mimo wszystko można wygrać. Poczucie to ugruntował „1989” Katarzyny Szyngiery. Opowiadając o Rewolucji „Solidarności”, stał się widowiskiem profetycznym. Dość ciemności już – zapowiadał ze sceny zespół Teatru Słowackiego.

Tamte „Dziady” z wielką Dominiką Bednarczyk mówiły o narodzie udręczonym, ostatkiem sił zdobywającym się na bunt. Podejmowały go kobiety i właśnie z ich perspektywy wsparty na kulach Konrad/ Konrada Dominiki Bednarczyk zduszonym głosem wadził się z okrutnym Bogiem. Oglądałem to przedstawienie dwukrotnie – raz krótko po premierze, za drugim razem już po inwazji Rosji na Ukrainę. Nie zmieniły go represje ze strony partyjnych notabli, nawet na chwilę nie osunęło się w jawnie polityczny wiec. Nowy ton pogłębienia czerni i zwielokrotnienia grozy nadała dopiero wojna. Słusznie mówiła Kleczewska, że nigdy nie był to spektakl o Kaczyńskim ani Jędraszewskim, o nich nie warto było robić teatru. Co innego sprawdzić, jak rzecz o polskiej niewoli wobec cara brzmi dzisiaj, gdy carem jest Putin. Krakowskie „Dziady” oraz te ukraińskie stały się wielkim zwycięstwem twórców, ale udowodniły też potęgę dramatu Mickiewicza. Słucham ekstraktu z „Dziadów” mówionego, krzyczanego i szeptanego przez artystów z Iwano-Frankiwska i czuję, jakby polski romantyk pisał je właśnie dla nich, w ich imieniu. Niby wiadomo było, że ten utwór najcelniej punktuje przemoc i zniewolenie, że jest jak wieczny protest, ale że wybrzmi z taką mocą, przyznam, że się nie spodziewałem.

To nie jest recenzja „Dziadów” z Iwano-Frankiwska, raczej garść odczuć, przywołanie emocji i zapisanie tego, co – chyba - wiem na pewno. Zawsze powtarzam, że teatr ma swoje zadania, ale nie jest od przepisywania recept na aspirynę. Może wzruszać, może zapadać w pamięć, pytać, inspirująco zdenerwować albo wytrącić z kolein myślenia, ale świata nie zmieni. Co w takim razie z osobnym człowiekiem, nawet tym jednym, na widowni? Tu już nie byłem tak kategoryczny, ale zachowywałem sceptycyzm. Ile razy teatr burzył te moje przekonania, ile razy skutecznie przekonywał, że może być inaczej? Nie wiem. Jednak na ukraińskich „Dziadach” raz po raz łapałem się na myśli, że czniam własną rezerwę, bo w tej dokładnie chwili właśnie wierzę, że teatr może zmieniać świat. No, choć kawałek świata.

Nie jestem idealnym widzem tych „Dziadów”, bo choć przejmuję się wojną, nie zaczynam każdego dnia od myśli o Ukrainie. Jakoś wojna i mnie spowszedniała, jakoś się do niej przyzwyczaiłem, zresztą od początku uważałem, że w tej sytuacji jedyne, co tu można zrobić, to robić swoje, tyle że dwa albo trzy razy bardziej. Tymczasem pół przedstawienia przepłakałem, po zakończeniu nie byłem w stanie wykrztusić słowa. Może i te wyznania brzmią pretensjonalnie, mam to gdzieś. Wiem za to, ze nie byłem sam, że „Dziady” przeczołgały nie tylko mnie. I to są chwile, gdy porzuca się z pełną świadomością instrumentarium krytyka, by oddać głos emocjom. Jakie znaczenie mają ewentualne uwagi zawodowego oglądacza, skoro tam grają tak, jakby grali o życie? I grają tak, że dreszcze przechodzą i wciąż ocieram oczy. Co nie zmienia faktu, że gdybym miał zastosować najbardziej surowe kryteria, i tak uznałbym, że ukraińskie „Dziady” Mai Kleczewskiej to wielki teatr.

Rzecz tym razem nie w skali, bo gdy o rozmach idzie, większy proponowały „Dziady” krakowskie albo poznański „Ulisses”. Kleczewska buduje swe przedstawienie z kilku zaledwie, za to ogromnych sekwencji. W pierwszej, obecnej wyłącznie w projekcji, otrzymujemy wyimki z Obrzędu wraz ze złowrogim zagajeniem „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie”. Na ekranie w onirycznym rytmie przesuwają się postaci, Gustaw-Konrad (wstrząsający Roman Lutsky) zdaje się nimi osaczony. W zielonej bluzie z ukraińskim złotym tryzubem przywodzącej na myśl tę, którą nosi podczas swych wystąpień Wolodymyr Zełenski, nie jest on rzecz jasna prostym odbiciem prezydenta Ukrainy. A jeśli nawet jest, relacja idzie w przeciwnym kierunku. To bohater Mickiewicza zdaje się duchowym patronem takich jak ukraiński przywódców. To on słowami polskiego poety zaraża ich pragnieniem wolności, napędza do walki z ciemiężcami. Nie jest tak, że reżyserka przeprowadza proste równanie, zestawiając obie postaci w skali jeden do jednego. Raczej wskazuje powinowactwo, trudne dziedzictwo bohaterów.

Po prologu następuje scena więzienna, potem fragmenty Wielkiej Improwizacji, kazanie księdza Piotra obrazujące okrucieństwo i konformizm rosyjskiej Cerkwi wobec walczącej Ukrainy i jej służalczość w stosunku do dyktatury. Wreszcie Salon Warszawski rozegrany na schodach Pałacu Festiwalowego w Cannes, feeria samozadowolenia europejskiej elity fetującej bez opamiętania rzekomo dobrych, a przecież splamionych kolaboracją z reżimem Rosjan.

To oczywiste, że Maja Kleczewska nie próbuje w Iwano-Frankiwsku inscenizować dramatu Mickiewicza w wersji kanonicznej, ale sprowadza go do esencji, ową esencję wiążąc z kontekstem przedstawienia. To są „Dziady” czasu wojny, alarmów i bombardowań. Spektakl zaczyna przeciągłe wycie syren, zapewne podobne do tego, jakie wielokrotnie przerywało próby, ściągając zespół do schronów. Jeden z najbardziej przejmujących fragmentów widowiska zamiast w więziennej celi rozgrywa się w okopie, gdzie gromadzą się ukraińscy żołnierze. Jeszcze nie zdążyli otrzeć krwi z twarzy i czoła kule porozrywały ich mundury, ktoś pod wojskową kurtką ma koszulkę w narodowe, niebiesko-żółte barwy. Przekrzykują się, relacjonując zsyłki, zagrzewając do walki pieśnią wojenną, wersami z Mickiewicza. „Zemsta na wroga/Z Bogiem i choćby mimo Boga” wybrzmiewa straszliwie, jak proroctwo dudni fraza o całej szyi cara, rytm wspólnej sprawy dyktuje, też z Mickiewicza, owo „ra ra ra ra”, niczym odgłos bitewnych werbli. Dławiące gardło chwile, grane w uniesieniu przez ukraińskich aktorów, łączą scenę i widownię. Patrzę po ludziach, unoszących palce w geście zwycięstwa. Sam ocieram oczy.

Wielka Improwizacja, z konieczności mocno skrócona, jest krzykiem silnego mężczyzny przeciw Bogu, który zapomniał o jego kraju. Roman Lutsky mierzy się z karkołomnym tekstem i wychodzi z tej potyczki zwycięsko. Jego Konrad jest antytezą bohatera/bohaterki Bednarczyk, silnym mężczyzną, stającym na polu bitwy w obronie swoich braci. Jej siła tkwiła we wnętrzu, on wykrzykuje swoją światu w twarz, próbując wytrącić go z obojętności. Niezwykły moment – gdy kończy się scena w okopie, w odwróconym tyłem niewysokim człowieku rozpoznajemy Dominikę Bednarczyk. Wsparta o kulach wspina się na scenę obok kolegi z Ukrainy. Przy pierwszych słowach Improwizacji wycofuje się, oddając pole Lutsky’emu. Nie ma w tym nic z teatralnego gestu, jest głębokie współodczuwanie.

Kazanie księdza Piotra, stylizowanego na patriarchę Cyryla, obrazuje całe umoczenie Cerkwi w wojnę i przeradza się w brutalną opresję duchową i fizyczną, jakiej poddaje kościół Konrada, kończąc jego unicestwieniem.

I kiedy zdaje się, że najmocniejsze sekwencje już za nami, przenosimy się do foyer, gdzie umieszczono Salon Warszawski. Tyle że Nowosilcow nie jest senatorem w Księstwie Warszawskim, ale rosyjskim celebrytą na schodach Pałacu Festiwalowego w Cannes. Kleczewska w sekwencji filmowej zamienia popleczników Putina – Gergieva, Netrebko, Michałkowa (mniej rozumiem umieszczenie w tym gronie reżysera Kiriłła Sierebrennikova, bo to chyba jednak inna kategoria) w opływające krwią monstra, a potem zaprasza na targowisko próżności.

Gdy rozmawiałem z artystką długo przed obejrzeniem przedstawienia, mówiła, że właśnie ten wątek zaważył na decyzji o przygotowaniu ukraińskiej wersji „Dziadów”. Że ma już dosyć gadania o tym, jak bardzo Ukraina ma być wdzięczna wolnemu światu, bo to wolny świat, a przede wszystkim syta Europa zaciąga dług u Ukraińców i bez szczególnego zapału go spłaca. A Cannes, wielkie opery i sale koncertowe wolą nie pamiętać i nie zauważać. Show must go on – więc trwa. Nowosilcow z oczami ukrytymi za modnymi ciemnymi okularami to rosyjski gangster i watażka, namiestnik współczesnej guberni. Gotowy do każdej brutalności, nie cofnie się przed absolutnie niczym. Otoczony chórem nieustannie szepczących pochlebstwa i donosy zauszników pławi się w luksusie i sławie. Wokół modelki, damy towarzystwa, zabawa na całego.

Kleczewska czyni z tej pędzącej wkoło niczym w „Tangu” Rybczyńskiego sekwencji brawurową spiralę przemocy i przepychu. Świat spala się aż do wkroczenia Rollisonowej, która – jest Ukrainą. Dlatego rozdziera suknię, by pokazać pomalowane w narodowe barwy piersi. Tak wygląda współczesna ofiara kobiety i narodu. W tym przypadku to jedno.

Oskarżenie Rosji wybrzmiewa jeszcze raz w ostatniej mowie Konrada, ale gorące od emocji dzieło Mai Kleczewskiej, aktorek i aktorów Narodowego Akademickiego Teatru Dramatycznego w Iwano-Frankiwsku nie poddaje się łatwym konkluzjom. Jako spektakl udowadnia niezwykłą reżyserską skalę i pewność artystki, gdy idzie o modelowanie temperatury opowieści. Pokazuje, jak znakomity zespół aktorski ma Teatr w Iwano-Frankiwsku i jak bardzo utożsamia się on z inscenizacją. Buduje wspólnotę, ale nie tylko między sobą, a również między nami na widowni. Przywraca właściwe proporcje, wskazując, jak miałkimi rzeczami zwykle się emocjonujemy. Punktuje milczenie świata i sprawia, że przynajmniej my czujemy się wytrąceni z milczenia. Nie wiem, czy dziś w teatrze można zrobić więcej.  

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image