Varia

Portret własny

Fot. Maciej ZakrzewskiFot. Maciej Zakrzewski
Na marginesie spektaklu „Zielona Polana” w reżyserii Pawła Szkotaka w Teatrze Powszechnym w Łodzi

Nazywa się Bożena, w życiu pełni jedną tylko rolę – jest żoną swojego męża. Stłamszoną, wykpiwaną, co i rusz odsyłaną do kuchni, bo i tak niewiele zrozumie z biznesowych rozmów. Jednak w „Zielonej Polanie” przygotowanej przez Pawła Szkotaka w łódzkim Teatrze Powszechnym pani Bożena ma swoje chwile. W intermediach między scenami grająca ją Małgorzata Goździk śpiewa przetłumaczone przez reżysera przez evergreeny. Śpiewa pięknie, prosząc, by zabrać ją na księżyc, nuci Deana Martina i Nat King Cole’a. A my czujemy, że zabawny, chwilami gorzki spektakl, co nie udaje niczego ponad współczesną komedię obyczajową o Polsce i Polakach ma drugie dno, a tam są resztki piękna, trochę nostalgii, dziwny powidok wolności. Na pozór nic wielkiego, a jednak Powszechny znów pozwala mi uwierzyć w siłę polskiej komedii.

Albo słońce. Uśmiechnięte słońce, a czasem słońce puszczające do nas filuternie oko. „Zieloną Polanę” grają w niewielkiej przestrzeni małej sceny w teatrze przy Legionów. Autorka scenografii Katarzyna Paciorek nie próbuje – co absolutnie zrozumiałe – oddać w szczegółach nowobogackich wnętrz w domu bohaterów, którym tak chętnie chwali się Heniek Jakuba Kotyńskiego. W zamian ledwie akcentuje kolejne miejsca akcji – a to stołem z laptopem, a to kanapą z jakiegoś wielkopowierzchniowego magazynu. A czego nie pokaże wprost, narysuje. Dlatego postaci przeglądają się w lustrze, którego nie ma, w kuchni królują wyobrażone tylko szafki. Zapewne można było zaaranżować sztukę Pawła Mossakowskiego w konwencji twardo realistycznej, spróbować oddać w szczegółach warunki życia rodzimej wyższej klasy średniej z aspiracjami do pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy i brakiem skrupułów co do sposobów ich zdobywania. Ale Teatrze Powszechnym poszli inną drogą, akcentując to, co do końca niedopowiedziane. Stąd owe rysowane tła – bloki, drzewa. I stąd słońce, które robi miny.

Pisałem kiedyś o dramacie „Atrament. Wczoraj. Żyrafa” Juliusza Machulskiego zrealizowanym w Powszechnym też przez Pawła Szkotaka, że to smutna, a nawet bardzo smutna komedia.  Tekst Machulskiego w lekki, ale chwilami bolesny sposób dotykał bezradności starości, utwór Mossakowskiego to rzecz innego kalibru i siłą rzeczy mniejsze ma ambicje. Jednak i on nie zatrzymuje się wyłącznie na poziomie teatralnej zabawy. Przedstawia obraz społeczeństwa przerżniętego na pół – Polski niby to tradycyjnej, z gębą pełną katolickich i patriotycznych frazesów, a z drugiej strony Polski otwartej, gdzie można oddychać pełną piersią, starać się żyć w postawie wyprostowanej, choć czasem płaci się za to cenę – jak jedna z postaci w „Zielonej Polanie” –finansowego upadku i trudnego wiązania końca z końcem.  Nietrudno się domyślić, po której stronie sytuują się sympatie autora.

„Zielona Polana” wygrała ubiegłoroczną siódmą edycję organizowanego przez Teatr Powszechny konkursu Komediopisanie. Tradycją jest, że nagradzane tam prace nie idą na półkę, ciesząc się chwilowym docenieniem, ale zyskują możliwość scenicznej weryfikacji w spotkaniu najpierw z zespołem, a potem publicznością łódzkiej sceny. To zresztą fragment strategii szefowej Powszechnego Ewy Pilawskiej, która zbudowała tam Centrum Polskiej Komedii. Nie poprzestała na hasłach, na nośnych programach, za to postanowiła odwołać się do praktyki. Wyróżniane w konkursie prace bywały przez Powszechny wydawane, ale zdecydowanie ważniejsze właśnie, że są regularnie grane. Przy kolejnych inscenizacjach można powtarzać, iż przy Legionów dbają o to, by komedia nie kojarzyła się jedynie z „Maydayem” Cooneya i innymi anglosaskimi pewniakami, ale w repertuarze pojawiali się regularnie polscy twórcy. I o to jeszcze, by przywrócić niesłusznie postrzeganemu jako pośledni gatunkowi właściwą rangę. Bo nigdy dość przypominania, że komedia to najwyższa szkoła jazdy. Gdzie indziej coś oszukasz, uratujesz się jedną albo drugą podpórką, zasugerujesz pozorowaną głębię. W komedii bez szans - takie rzeczy nie przechodzą. Wynik testu pojawia się natychmiast.

To nie jest pierwszy tekst z ubiegłorocznego konkursu, który pojawia się na łódzkiej scenie. Wcześniej był „VHS” miejscowego autora Marcina Bałczewskiego, brawurowo zagrany przez Sebastiana Jasnocha, z rozmachem jak na formę monodramu zainscenizowany przez Sławomira Narlocha. Przejrzałem się w nim, bo pamiętam tamten czas – przełom lat 80. i 90. I Polskę transformacji, gdy zmiany działy się jak kalejdoskopie, nie zawsze jutro przypominało dzień wczorajszy. „VHS” pokazał to z ostrością, ale i nostalgią, choć bez czułostkowości. „Zielona Polana” natomiast dzieje się tu i teraz, tuż przed albo chwilę po 15 października 2023 roku. Heniek Jakuba Kotyńskiego robi brudnawe interesy, trzęsie okolicą, za chwilę wybuduje luksusowe osiedle Zielona Polana, co z tego, że połamie przy tym prawo, wytnie las, może wysiedli tego i owego. Ważne są inne zasady – Bóg, honor, ojczyzna – choć przez takich jak on karykaturalnie wykoślawione. No i tradycja, która każe żonę trzymać pod butem, córeczkę na krótkiej smyczy. Tyle że Natalia (Paulina Nadel na zmianę z Dianą Krupą, widziałem drugą z aktorek) z owej smyczy się urwie, a właściwie już się urwała, bo w sztuce Pawła Mossakowskiego zdecydowanie nie wszystko jest takie, jakie na pierwszy rzut oka się wydaje. Pierwsze skrzypce w intrydze grają młodzi – wspomniana Natalia oraz Marcin (Kamil Suszczyk), przybywający do wujostwa z Krakowa z tajemniczym planem.

Całość zgrabnie wyreżyserowana przez Pawła Szkotaka trzyma się określonych przez Mossakowskiego ram komedii obyczajowej, garściami czerpiącej z niemal reporterskich obserwacji naszej dzisiejszej codzienności. Autor – przecież uznany krytyk filmowy, a także scenarzysta – wykorzystuje tę gałąź swego doświadczenia, bo łatwo wyobrażam sobie „Zieloną Polanę” zarówno jako widowisko Teatru TV, jak i historię opowiedzianą w niewielkim filmie. Gdy idzie o sam dramat, niemalże nic nie trzeba byłoby zmieniać.

Dobrze jednak, że mamy go na afiszu Teatru Powszechnego w Łodzi, bowiem dokłada kolejne ogniwo w łańcuchu komediowych poszukiwań Ewy Pilawskiej i jeszcze raz ukazuje możliwości aktorskiego zespołu. O tym, że wzruszyła mnie świetna Małgorzata Goździk już pisałem. Powiem jeszcze, że Jakub Kotyński nie próbuje wybielać swojego Heńka, ukazując jego knajackość i cwaniactwo. Krupie i Suszczykowi zawdzięczamy, iż „Zielona Polana” ma chwilami wdzięk dawnych powieści przygodowych Ożogowskiej i Bahdaja, a dla mojego pokolenia to istotna rekomendacja. Bawią się swymi Jakub Kryształ i Filip Jacak, chociaż tym razem dostali mniejsze zadania. W epizodzie przykuwa uwagę Karolina Łukaszewicz.

Niewielkie przedstawienie Pawła Szkotaka niczego nie udaje, spełnia się jako dobrze skrojona propozycja dla każdego. A jednak, gdy poskrobać mocniej, rodzi się z niego nasz portret własny. Chwilami jasny, ludzkimi słabościami sympatyczny, ale jednak nie ten, który najchętniej wkleilibyśmy do rodzinnego albumu.



Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image