Varia

Pocztówki znad krawędzi

Fot. HaWaFot. HaWa
66 Kaliskie Spotkania Teatralne – dzień drugi

Bywa – potwierdzą to ludzie sceny – iż premiera nie jest wcale końcem twórczego procesu, a jedynie zamknięciem pewnego etapu. Bywa też, że przedstawienie potrzebuje czasu, aby dojrzało, aby aktorzy i aktorki mocno osadzili się w swoich rolach, nabrali większej śmiałości wobec bohaterów, poczuli pewność spotkania z nimi i z publicznością. Coś takiego stało się chyba ze „Scenami z życia małżeńskiego” z krakowskiego Narodowego Starego Teatru. Może i rozpędzają się powoli, ale potem eksplodują sugestywnością inscenizacji i wspaniałą grą wszystkich wykonawców.

Pierwszy raz przedstawienie Katarzyny Minkowskiej oglądałem na premierze w kwietniu ubiegłego roku. Od razu zdało mi się najważniejszą i najbardziej spełnioną pozycją inauguracyjnego sezonu dyrekcji Doroty Ignatjew i Jakuba Skrzywanka. Młoda rozchwytywana reżyserka konsekwentnie miesza konwencje, łączy teatr z filmowym obrazem tak, że nie mogą bez siebie istnieć. Jest tu i teraz, proponując wizję na wskroś nowoczesną, włącznie z umiejętnym przepisaniem scenariusza Ingmara Bergmana, ale nie szuka postdramatycznych chwytów, nie chce na siłę być progresywna. Jej „Sceny z życia małżeńskiego” to rzecz komunikatywna dla wszystkich, znajomość serialowego i filmowego pierwowzoru będzie pomocna w odbiorze, ale i bez niej łatwo odnaleźć się w zbudowanym na scenie Narodowego Starego Teatru świecie. Zasługa to oczywiście szwedzkiego mistrza, ale też inscenizatorki, a przede wszystkim aktorek i aktorów. Grają fenomenalnie, jak w najlepszych sztandarowych spektaklach Starego. Idealnie wypełniają wcale niełatwe założenie koncepcji widowiska, przechodząc z roli w rolę, z tonacji w tonację, z przeszłości w teraźniejszość. A przy tym wykorzystują opowieść Bergmana, by sobie i nam podsunąć przed oczy gorzkie zwierciadło. Widziałem wczoraj w kaliskim Teatrze Bogusławskiego ludzi ukradkiem wycierających oczy. To przedstawienie jest dla wszystkich, co kiedykolwiek doświadczyli życiowego kryzysu.

Wtedy jednak, w Krakowie przy ulicy Starowiślnej, „Sceny z życia małżeńskiego” tak dotkliwie mnie nie obeszły. Powtarzam, rzecz absolutnie doceniłem, drugą część widowiska zapamiętałem jako tę, dla której powstała całość. Podczas Kaliskich Spotkań Teatralnych inaczej, mocniej spotkałem się z tą opowieścią. Może ja się zmieniłem, może to Kalisz sprzyja teatralnym wzruszeniom, na pewno tak, ale to nie wszystko. Mam pewność, że przez rok z małym okładem spektakl dojrzał, nabrał wyrazistości, sam w sobie wyodrębnił najważniejsze akcenty. Przede wszystkim zaś czas, który upłynął, pozwolił fantastycznym aktorkom i aktorom Starego lepiej poznać i zrozumieć sceniczne postaci, poczuć w swych rolach pewność i swobodę, okiełznać techniczną maszynerię widowiska, a dzięki temu móc pozwolić sobie na jeszcze większe ryzyko. Dziś wiem, że kreacji Anny Radwan, Magdaleny Grąziowskiej i Juliusza Chrząstowskiego nie da się zamknąć w szufladce z hasłem „wybitne role” i nic więcej. Ta trójka wyrasta na protagonistów, od nich w spektaklu zależy najwięcej, ale świetna jest cała obsada. Dzięki niej otrzymujemy przejmujące obrazy końca miłości, sugestywne studium wygasania uczuć, połączonego z fizycznie odczuwanym lękiem przed samotnością. Wobec takiego teatru nie da się być obok.

Serial, a potem film Ingmara Bergmana stawiały na kameralną skalę, twarze Liv Ullmann i Erlanda Josephsona wybitny operator Sven Nykvist ukazywał przede wszystkim w zbliżeniach. Katarzyna Minkowska puszcza w ruch obrotową scenę, w dekoracjach Łukasza Mleczaka dominuje krwista czerwień. Całość, nie gubiąc nawet na moment intymności bohaterów, ma w sobie inscenizacyjny rozmach. W dodatku najważniejsza para – Marianne i Johan – zostaje zwielokrotniona na dwie, a momentami nawet trzy, co pozwala zbliżyć się do tajemnic związku nie tylko w chwilach rozpadu więzi, choć oczywiście także u Minkowskiej te momenty są najbardziej istotne. Poza tym reżyserce oraz autorce adaptacji i dramaturgii Małgorzacie Maciejewskiej udało się tak przepisać tworzony w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku scenariusz autora „Persony”, by umiejętnie, choć nienachalnie wpleść weń współczesność. Stąd filmiki na media społecznościowe, niektóre słowa i motywacje postaci. Rdzeń opowieści pozostał jednak niezmieniony.

Oprócz mocnych, niezwykle intensywnych ról wymienionej już trójki, zostaną mi przed oczami niezwykłe sceny z tych „Scen z życia małżeńskiego”. Opowieść o przemocy w małżeństwie Anny Radwan słuchana przez zdławioną jej słowami córkę – Magdalenę Grąziowską, a w tle Johan Juliusza Chrząstowskiego na dnie starczej bezradności. Albo sekwencja rozstania Marianne Grąziowskiej z Johanem Szymona Czackiego – to nie są chwile, jakich często doświadczamy w teatrze.

Tak sobie myślę, że „Sceny z życia małżeńskiego” powinny jak najdłużej utrzymywać się na afiszu Starego Teatru. Bo za czas jakiś grane przez te same aktorki i tych samych aktorów będą znaczyć jeszcze co innego.



Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image