Fot. Karolina Jóźwiak Na scenach wysyp premier, poza teatrem dzieje się aż za dużo, świat z roku na rok staje się miejscem jeszcze bardziej groźnym i nieprzewidywalnym. Nastroje delikatnie mówiąc skomplikowane, dlatego najwyższa pora na Festiwal Sztuki Aktorskiej, na Kalisz, który ma szansę na najbliższy tydzień stać się wysepką lepszej rzeczywistości. Nadchodzące dni staną się czasem artystek i artystów, a wyjątkowa kaliska publiczność wkracza w nie rozgrzana dwoma wyjątkowymi przedstawieniami, które zobaczyła podczas wyjazdowego prologu KST – „Brytanikiem” Grzegorza Wiśniewskiego z gdańskiego Teatru Wybrzeże oraz „Termopilami polskimi” Jana Klaty z Teatru Narodowego w Warszawie.
Walizka od wczoraj spakowana, tym razem moja droga do Kalisza wiedzie przez Łódź i Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Wczoraj „Europa” Krzysztofa Warlikowskiego, a dziś już Teatr Bogusławskiego i festiwal. Wszystko ze wszystkim wchodzi w dialog, nawzajem się o siebie pociera, buduje nieoczekiwane konstelacje. Przed chwilą zakończyłem radiową rozmowę o tym, że już za chwilę czeka nas w Polsce nagromadzenie „Hamletów”, bo i Teatrze Powszechnym w Warszawie, po śląsku w Śląskim w Katowicach, a jest już spektakl nieopodal w Sosnowcu. Jest widowisko Jana Englerta na narodowej scenie, za chwilę „Hamlet” Szekspira połączy się z osobistą historią Pawła Demirskiego w przedstawieniu Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Wychodzi na to, że twórcy chcą komunikować się ze światem właśnie poprzez najsłynniejszy dramat wielkiego Stratfordczyka i nawet nie zamierzam próbować odpowiadać na pytanie, czemu tak jest.
„Hamleta” akurat na Kaliskich Spotkaniach Teatralnego nie będzie, ale jest dużo innego dobra wszelkiej maści, a wspominam o nim dlatego, że przy okazji przypomniałem sobie nieśmiertelne słowa Jana Kotta, który mówił, że ten akurat tekst jest jak gąbka – wystawiony bez zbędnego archaizowania wchłania każdą współczesność. Z taką myślą jadę dziś do Kalisza, by zobaczyć, czy dzisiejszy teatr jest jak gąbka, jak rezonuje z naszym czasem.
Pierwsze spektakle, poprzedzające stacjonarną część festiwalu, w całej rozciągłości potwierdzają tę tezę. Grzegorz Wiśniewski wystawił na sopockiej Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże klasyczną tragedię Racine’a tak, jakby francuski autor napisał „Brytanika” wczoraj. Pomógł mu świetny, nieubłagany w swej przejrzystości przekład Antoniego Libery, a przede wszystkim znakomity gdański zespół. Rzecz jasna, jest Wiśniewski reżyserem zbyt poważnym, by bawić się w doraźne aktualizacje, na siłę szukać u Racine’a rymów z wczorajszymi wydaniami telewizyjnych serwisów informacyjnych. Zbudowana ze zwielokrotnionych, przenikających się luster scenografia Mirka Kaczmarka umieszcza „Brytanika” poza konkretnym miejscem i czasem, Rzym epoki tytułowego bohatera i cesarza Nerona jest tu jedynie kontekstem, dekoracją dla opowieści o mechanizmach i motywacjach absolutnie ponadczasowych.
Powiedział ktoś o sopockim „Brytaniku”, że to sto procent Wiśniewskiego w Wiśniewskim i chyba miał rację. W dodatku to niezgorszy komplement dla przedstawienia, bowiem jest to prawdziwy mistrz gorzkiego teatru psychologicznego, niezrównany w obrazowaniu wszystkiego, co najbardziej mroczne w najodleglejszych zakamarkach ludzkiej duszy. Na scenie zgromadził Wiśniewski znakomitą obsadę, na pierwszym planie zaś niezwykły aktorski kwartet – Dorota Kolak, Katarzyna Dałek, Piotr Biedroń i Robert Ciszewski. Bezkompromisowością w portretowaniu Nerona imponuje Biedroń, Ciszewski ma w sobie tłumioną przez okoliczności dramatu naturalność, ściąga na siebie całą uwagę Katarzyna Dałek, ale najbardziej zaimponowała mi Dorota Kolak w roli Agrypiny. Wielka aktorka ma zaledwie kilka scen, na głowie nosi łyskę, co nadaje jej twarzy nowe rysy. Mówi beznamiętnie, ale znać, że gotowa jest na wszystko, na każde zło, by osiągnąć cel. Kolak ogranicza do niezbędnego minimum swe aktorstwo, by pozostawić nas z esencją, tylko z tym, co konieczne. Od patrzenia na nią w „Brytaniku” dreszcze przechodzą po plecach.
Jan Klata wystawiał już kiedyś „Termopile polskie” Micińskiego we Wrocławiu, ale obecne przedstawienie, którym zainaugurował swą dyrekcję w Teatrze Narodowym, nie ma z tamtym nic wspólnego. Powiedziano po premierze, że Klata wszedł na narodową scenę z drzwiami, ale nie w spektakularnej rewolcie tkwi siła spektaklu. Rzecz jasna rytm przedstawienia wyznacza muzyka zespołu Gruzja, w jego kluczowym utworze „Aleksandria”, rozbrzmiewającym w prologu, pada fraza „Tu już dawno wyschła krew”. I między innymi o tym jest wybitna inscenizacja Klaty. O kraju, gdzie dawno wyschła krew, rozrywanym przez Rosję, rządzonym przez ludzi szukających jedynie dróg ucieczki. W dodatku mieli pomóc „Amerykańczycy”, ale gdzieś się rozpierzchli i nikt ich nie widział.
Wspaniałe jest nowe granie zespołu Narodowego, zainspirowanego przez reżysera. Przejmująca w roli – tak! – Polski jest Anna Grycewicz, mistrzowską partię tworzy Danuta Stenka jako caryca Katarzyna, portret rozpadającego się na naszych oczach króla Poniatowskiego buduje Jan Frycz. Spośród wielu ról znakomitych szczególne wrażenie zrobił na mnie Oskar Hamerski jako kniaź Patiomkin. Wspaniale operuje głosem, bywa śmieszny i uwodzicielski, a za chwilę już tylko brutalny i przerażający. Ta rola to jest jakiś kosmos. Hamerski zaś pokazuje niezmierzone dotąd możliwości.
Oba spektakle z prologu wysoko podnoszą poprzeczkę na główną część kaliskiego festiwalu. Jeśli zaś odpowiadać już teraz – tak, teatr jest jak gąbka, wchłania naszą współczesność.

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.
Email:
kontakt@jacekwakar.pl