Varia

Lear, czyli życie

Fot. Przemysław JendroskaFot. Przemysław Jendroska
Teatr otwartych drzwi 2026 – notatka szósta

Wszyscy, co spodziewali się po irlandzkim „Lost Lear” wyciskającej łzy, na poły dokumentalnej opowieści o doświadczeniu życia z osobą cierpiącą na demencję i jej odbieraniu świata, musieli poczuć się lekko zdezorientowani. Jedno trzeba powiedzieć od razu – to nie jest wierny zapis choroby ani też seans terapeutyczny ze wskazówkami, jak jej przeciwdziałać. Spektakl Riverbank Arts Centre i Mermaid Arts Centre to pełna siły historia o uporczywym trzymaniu się życia, wierze w moc scenicznej iluzji oraz uzależnieniu od teatru. Chcąc o tym mówić, trudno o lepszy materiał niż „Król Lear” Williama Szekspira.

Z tym Learem sprawa wydaje się dość oczywista. Wieki tradycji doprowadziły do specyficznego zrównania – „Król Lear” znaczy teatr. Niby ktoś powie czasem to samo o „Romeo i Julii”, ktoś rzuci o „Hamlecie”, że to dramat dramatów i ludzka ręka nie skreśliła nigdy niczego porównywalnego. Mimo to jednak właśnie „Król Lear” zdaje się punktem szczytu. Marzeniem największych aktorów, pragnących z rzeczoną rolą się zmierzyć i dopisać swój kawałek historii. Idąc polskim tropem nie dane nam było zobaczyć Leara Tadeusza Łomnickiego. Wychodząc szerzej – wciąż czekam na filmową rolę Ala Pacino, z zapowiedzi wynika, że niedługo ją zobaczymy.  Z Learem nie może równać się chyba żadna z postaci nie tylko Szekspirowskiego panteonu.

W końcu nie bez przyczyny właśnie Lear był rolą śmiertelną Sira w legendarnej sztuce Ronalda Harwooda „Garderobiany”, nie bez przyczyny własną wersję jego historii przedstawił swego czasu inny brytyjski dramaturg Edward Bond. A „Lost Lear”? To rzecz niewielka, zatem nikt nie postawi jej wśród kluczowych utworów głównego nurtu. A jednak tragedię Szekspira j jej bohatera traktuje w sposób wyjątkowy, zderzając jego rozpad z doświadczeniem najczyściej ludzkim – przeżywaniem choroby.

Leara gra w irlandzkim przedstawieniu Venetia Bowe. Zerkam do internetu, nie po to, by zaglądać aktorce do metryki, ale stwierdzić, że jest być może najmłodszą aktorem/aktorką, której przyszło grać tę postać. Swojego czasu w łódzkim Teatrze Nowym u Mikołaja Grabowskiego wcielał się w Leara Jan Frycz i wszyscy byli zaskoczeni, że przyszedł do niego tak szybko. Tymczasem Venetia Bowe w tradycyjnym odczytaniu dramatu dostałaby raczej partię Kordelii.

Tyle że znakomita aktorka gra w „Lost Lear” Joy, wcielającą się przed laty w rzeczonego bohatera. Dziś Joy, wyobrażana w ostatnich sekwencjach widowiska przez naturalnych ludzkich rozmiarów kukłę, jest starą kobietą na ostatniej prostej życia. Cierpi na demencję, ucieka przed światem, szalenie trudno nawiązać z nią normalny kontakt. Sobą staje się nie wtedy, kiedy o wspólnej przeszłości chce rozmawiać z nią dorosły syn (Gus McDonagh), ale gdy cofa się o dekady wstecz, znów przeistacza się w Leara, może porozumiewać się z otoczeniem jego słowami i jego emocjami.

Mimo że przedstawienie Dana Colleya trwa zaledwie siedemdziesiąt minut potężna – tak, potężna – kreacja Bowe zagarnia całą scenę. Jej paradoks polega na tym, że młoda aktorka w apodyktyczny, władczy charakter Leara wkłada też wcale niejednoznaczne emocje Joy. Jest kapryśna, a za chwilę bezradna, w mgnieniu oka chciałaby podporządkować sobie całe otoczenie. A kiedy to się nie udaje, wścieka się jak dziecko. Rozrysowuje partyturę roli na dziesiątków ledwie dostrzegalnych grymasów, gestów, mrugnięć oczu. Przy tym każda chwila obecności młodej aktorki niesie za sobą niepokój. Niepokój choroby, co niesie za sobą wewnętrzny pejzaż rozwalonego na drobne kawałki świata.

„Lost Lear” jest zatem spektaklem o przeżywaniu demencji i doświadczaniu życia z dotkniętą nią osobą. Dlatego tak znaczącą rolę odgrywają w spektaklu ludzie z kręgu Joy, przede wszystkim grający opiekuna, a jednocześnie przewodnika po świecie szekspirowskiej tragedii Manus Halligan. To jemu zawdzięczamy – mówiąc na marginesie – prawdopodobnie najbardziej zabawne streszczenie „Króla Leara”, jakie do tej pory powstało. Choć, jak zaznaczył na spotkaniu z publicznością aktor, zawiera ledwie piętnaście procent zdarzeń.

Tegoroczny festiwal Open The Door zakończył się klamrą. W pierwszej notatce pisałem o niezwykłym belgijskim spektaklu „Dimanche”, łączącym siłę wyznania wiary w iluzję teatru z przenikliwym komentarzem o katastrofie klimatycznej, która dzieje się teraz. Na zakończenie zobaczyliśmy przedstawienie, które bez emocjonalnego szantażu wprost mówi o chorobie, a jednocześnie jak w soczewce skupia esencję uzależnienia od teatru. Oba, podobnie zresztą jak inne propozycje tej edycji Open The Door, zostaną ze mną bardzo długo.
 

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image