Varia

Krótki spektakl o wielkim zmęczeniu

Fot. Krzysztof BielińskiFot. Krzysztof Bieliński
66 Kaliskie Spotkania Teatralne – dzień trzeci

Ma szczęście kaliska publiczność do warszawskich przedstawień Iwony Kempy. Przed laty jako juror oglądałem na Festiwalu Sztuki Aktorskiej „Ojca” Zellera z wstrząsającą rolą Mariana Opani, trzy lata temu był pokazywany wielki przebój Teatru Ateneum, czyli „To wiem na pewno” Bovella. Niektórym mogło się wydawać, iż nowa inscenizacja znakomitej reżyserki będzie niejako sequelem poprzedniej, bo w roli głównej znów Agata Kulesza, obok niej między innymi Przemysław Bluszcz. „Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej” Igora Martinicia to jednak inna historia. W serii krótkich scen punktuje absurd istnienia, portretuje ludzi na skraju załamania nerwowego i wskazuje, że jedynie świadomość swego położenia oraz zgoda na rzeczywistość może przynieść choć chwilowe ukojenie.

Pięknie mówiła wczoraj na spotkaniu z kaliską publicznością Agata Kulesza o swojej współpracy z Iwoną Kempą. O tym, że nie jedynie o teatr w niej chodzi, ale o czysto ludzkie porozumienie, o tym, że jako aktorka nie chce tracić czasu na niepotrzebne spory, że nie akceptuje sytuacji, gdy próby spalają na popiół, bo reżyser lekceważy współpracowników, głuchy na ich emocje i argumenty. Z Iwoną Kempą jest diametralnie inaczej. Kulesza przypomniała, że dzięki niej i roli w „To wiem na pewno” na stałe wróciła do teatru i na nowo uwierzyła, że przy jej intensywności zawodowego życia to ma jednak sens. Wspomniałem ja z kolei, a potwierdził to tymi samymi słowami Przemysław Bluszcz, iż Kempa robi teatr z czułością. Takie jest właśnie jej ostatnie przygotowane w Ateneum widowisko.

„To wiem na pewno”, grane od czterech lat, jest niewątpliwym fenomenem nie tylko na warszawską skalę.  Biletów na ten spektakl zdobyć nie sposób, są tacy, co oglądają go wielokrotnie, przyznając się do swoistego uzależnienia. Wiem na pewno, że jest to jedna z niewielu inscenizacji, które zwalniają z obowiązku trzymania na widowni emocjonalnej gardy. Aktorki i aktorzy z obsady opowiadają, że ukradkowe ocieranie oczu to nic, bowiem niektórzy nie potrafią pohamować szlochu. Albo odpowiadają scenicznym postaciom, bo tak ważny jest dla nich ich los. Teatr splata się z życiem, w niespotykanym gdzie indziej stopniu.

Autor „Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej” przyjechał do Ateneum na premierę swojej sztuki i zwierzał się potem, że spektakl go zachwycił, ale i bardzo zaskoczył. Bo zwykle utwór ten grano jak niezbyt skomplikowaną komedię, tymczasem u Iwony Kempy jest śmiech, ale przez łzy. Igor Martinič zresztą nie ułatwia zadania realizatorom, bowiem buduje dramat z wielu krótkich scen, niektóre trwają ledwie kilkanaście sekund i ograniczają się do dwóch, może trzech kwestii. Z tak drobnych porozrzucanych w czasie fragmentów trzeba potem złożyć całość, zbudować charakterystyki bohaterek i bohaterów, umotywować ich wybory. Pod tym względem „Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej” przewyższa w skali trudności sztukę Bovella, bo była ona zbudowana linearnie, aktorzy konstruowali swe role na zdecydowanie dłuższym dystansie. Tu zaś muszą nanizać na nić porozrzucane z początku koraliki.

Niesie to przedstawienie Mia Agaty Kuleszy, rozczarowana, pogrążona w depresji żona, która rozpada się pod naporem okrutnego świata. Wielka aktorka wyzbywa się w swej skrajnie powściągliwej kreacji jakichkolwiek ozdobników, pokazując wprost, czym jest heroizm codziennej trwania. Jej Mia zdaje się być przygniatana do ziemi, sprawia wrażenie, jakby dźwigała niewyobrażalny ciężar. Siła zgaszonej, a mimo to potężnej roli Kuleszy polega na tym, że skrapla w sobie wielkie zmęczenie bohaterki, ale jest jak najdalej emocjonalnego szantażu, nawet przez moment nie wymusza na nas współczucia. To zresztą cecha teatru Iwony Kempy, który wystrzega się jak ognia podobnych wymuszeń. Nie ma ich groteskowym, ale i przerażającym epizodzie babci (Maria Ciunelis), nie ma w wybitnej partii Karoliny Charkiewicz, bez krztyny dosłowności, za to bezlitośnie akcentującej inność Sary. Całe przedstawienie stoi zespołową pracą artystek i artystów z Ateneum, tworzących wspólnie zbiorową kreację na najbardziej delikatnych strunach. Choć opisują świat, gdzie tylko prawda przynosi nadzieję, chce się za nimi iść do samego końca.

Warszawskie przedstawienie należy uznać za główny punkt drugiego dnia Festiwalu Sztuki Aktorskiej, ale ucieszyłem się z kaliskiego powrotu do głośnej sztuki Ariela Dorfmana „Śmierć i dziewczyna”. Realizował ten tekst kiedyś bez sukcesu Jerzy Skolimowski, na ekran przeniósł Roman Polański. Kameralne przedstawienie Jarosława Tumidajskiego rzuciło nowe światło na nieco zapomniany utwór, zdejmując z niego ciężar politycznych rozliczeń, w centrum zaś stawiając rozgrywkę między trojgiem protagonistów. Zaskakująco gra Paulinę Malwina Brych, akcentując jej młodość, niezgodę na podległość wobec kogokolwiek i chęć wyrównania całkiem niedawnych rachunków. Zupełnie szczerze: obawiałem się, że dramat Dorfmana to już martwa literatura. Spektakl Teatru Bogusławskiego pokazał, że się myliłem.

Na koniec zostawiłem „Malexander 2.0”, w nim zaś aktorską intensywność Karoliny Adamczyk, Zofii Wysockiej, Artura Krajewskiego, samego reżysera Rafała Sabary, a przede wszystkim organicznie stopionego z rolą Mateusza Łasowskiego. Brudne to, jakby celowo garażowe, ale przez to dziwnie bliskie, namacalne.

Jacek Wakar

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image