Varia

Chaplinów dwóch

Fot. Jarek NiemczakFot. Jarek Niemczak
66 Kaliskie Spotkania Teatralne – dzień czwarty

Poniedziałek na Festiwalu Sztuki Aktorskiej okazał się dniem jednego reżysera, Adama Sajnuka. Dawny twórca warszawskiego Teatru Konsekwentnego zaproponował dwa przedstawienia, skrajnie różne, a jednak na swój sposób sobie bliskie. W „Matce i dziecku” Jona Fossego zobaczyli pulsujący emocjami monolog Kamili Baar, a w „Handlarzach gumek” Hanocha Levina niezwykłe trio Katarzyna Dąbrowska – Borys Szyc – Grzegorz Małecki. To ostatnie przedstawienie jest do tej pory dla mnie największym zaskoczeniem KST. Nieprawdopodobna koronkowa robota aktorska, drobiazgowa partytura, kroków, postaw, głosów rozpisana na milion następujących po sobie elementów, opętańczy śmiech, jak w kabarecie, a potem wielkie wzruszenie bez krztyny czułostkowości. Mistrzostwo świata – chciałoby się powiedzieć – i tytaniczna włożona w spektakl praca.

Pamiętam opowiadanie Augusta Strindberga pod tytułem „Silniejsza”. Spotkanie dwóch kobiet, jedna zarzuca drugą potokiem słów, druga milczy, milczy i milczy. Inscenizował kiedyś ten tekst Andrzej Wajda w Teatrze Telewizji, zagrały fantastycznie Krystyna Janda i Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Janda była tą mówiącą, Budzisz-Krzyżanowska nie odezwała się ani razu, ale nie trudno się domyślić, która w ujęciu Strindberga i Wajdy była tą silniejszą. Nie będzie niczym odkrywczym powiedzieć, że słowa są pancerzem ukrywającym słabość, tyle że zbroja ta co i rusz zawodzi, odkrywa pęknięcia, szwy i niedoskonałości.

Dokładnie na podobnej zasadzie zbudowana jest dwuosobowa sztuka Jona Fossego „Matka i dziecko”. Noblista opowiada o spotkaniu tytułowej bohaterki z niewidzianym od wielu lat synem. Kobieta odgrywa przed chłopakiem tani teatrzyk pozornego szczęścia, on właściwie tylko milczy, czasem jedynie przerwie jej monolog pojedynczymi zdaniami. Matkę w spektaklu Teatru Warsawy gra z całą emocjonalną intensywnością Kamila Baar, syna prawie debiutant Maciej Czerklański. Ich wspólne bycie na scenie jest wartością tego trwającego ledwie godzinę z kawałkiem drobiazgu. Patrzyłem na Kamilę Baar i pomyślałem sobie, że brakowało mi jej aktorstwa przez ostatnie sezony. Wiem, że grała w niezależnych produkcjach, ale nie udało mi się na nie trafić. Teraz nie chciałbym takiej przerwy.

Borys Szyc powiedział wczoraj na spotkaniu z publicznością, iż „Handlarze gumek” w Kaliszu zostali zagrani po raz sześćdziesiąty pierwszy. Sprawdziłem, spektakl miał premierę prawie dwa lata temu, wciąż grany jest w Teatrze 6 Piętro w Warszawie przy kompletach na widowni. Kilka razy się na niego wybierałem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Nareszcie obejrzałem więc przedstawienie Adama Sajnuka i jeszcze raz doceniłem Festiwal Sztuki Aktorskiej – także za to, że pozwala nadrobić podobne zaległości.

Przy tym „Handlarze gumek” okazali się teatrem, jakiego się w najmniejszym stopniu nie spodziewałem. Widziałem kiedyś ten utwór w bardzo dobrym wykonaniu, ale niewiele z niego zapamiętałem, oglądałem swojego czasu udaną „Dziwkę z Ohio” i wiedziałem, że Adam Sajnuk ma do Hanocha Levina szczególny stosunek i świetne czuje jego dramaturgię. Jednak wydało mi się, że boom na twórczość autora „Kruma” trochę już przeminął i niełatwo będzie dać jej nową świeżość. Tymczasem Sajnuk i jego aktorskie trio tchnęli w  „Handlarzy gumek” drugie życie. Wpisany w sztukę szalony, bardzo cielesny i ludyczny kabaret zamienili w komedię ludzkiego losu, gdzie śmiech jest ucieczką przed rozpaczą, nędzą życia, brakiem choćby pozorów bliskości i spełnienia.

Rzecz do najbardziej wysublimowanych nie należy, skoro gada się w niej przede wszystkim o tytułowych kondomach, negocjuje ich ceny, opowiada o szczegółach technicznej obsługi. Levin stworzył jednak własny język, zderzając niskie z resztkami wysokiego, nie stroniąc o bezpośredniego opiewania kobiecych tyłków i piersi. Powie ktoś, że to wulgarne, ale pisarz, gdy idzie o stosunek do świata chętnie porównywany do Becketta i Czechowa, zamienił ową dosłowność w szczególny rodzaj poezji. Wspaniale czują tę specyficzną frazę Dąbrowska, Szyc i Małecki, bezbłędnie trzymają jej rytm, idealnie dozują komediowe efekty.

„Handlarzy gumek” oglądałem oniemiały, bo to jest nieprawdopodobna, zbudowana z miliona najmniejszych elementów partytura. Partytura min, gestów i geścików, kroków, kroczków i podbiegów, za małych marynarek i pociesznie seksownych peniuarów. A także partytura głosów, bo cała trójka ma ich w zanadrzu niezliczenie wiele. Patrzyłem na Dąbrowską, Małeckiego i Szyca zachodząc w głowę, jak oni to wszystko najpierw zapamiętali…

Wiadomo, że klaun to najsmutniejszy zawód świata. Borys Szyc i Grzegorz Małecki grają dwóch ludzików, co klaunami nie są, za to przypominają nowe podwójne, całkiem autorskie wcielenie Charliego Chaplina. Wywołują opętańczy śmiech, ale on więźnie w gardle w momencie pośmiertnego monologu Małeckiego albo wtedy, gdy Szyc skamle o zwrot czeku. Wtedy jest już upodlonym ludzkim karaluchem, niczym więcej. Śmieszy i wzrusza Katarzyna Dąbrowska, w macierzystym warszawskim Teatrze Współczesnym mająca całkiem inne emploi. Tymczasem w „Handlarzach gumek” bawi się swoją rolą, pokazując nieograniczone możliwości. A jej głos? Rany boskie…

Miałem szczęście oglądać na scenie Krzysztofa Kowalewskiego i Wiesława Michnikowskiego. Nie przesadzę, gdy powiem, że trio z „Handlarzy gumek” przejmuje od nich pałeczkę w sztafecie pokoleń.

Jacek Wakar

Krytyk teatralny, dziennikarz, publicysta, selekcjoner festiwali teatralnych, wykładowca.

Media społecznościowe

Projekt i realizacja strony www Sitte.pl

Image